intro

Vamos a la playa! Czyli plaże Meksyku



Środek zimy, mróz szczypie w uszy, a wybrańców także w …… coś innego, wiatr piździ – czas więc pomyśleć o miejscach przyjemniejszych, a w zasadzie cieplejszych, niż grajdół w środku Europy. Mówiąc o plaży, przeciętny Polak zazwyczaj ma na myśli Egipt – rzecz jasna w wersji all inclusive, choćby z tego powodu, że na trzeźwo ten kraj może być ciężki do przeżycia. Nie tylko z uwagi na przypadłość w postaci zemsty faraona (to wersja dla arystokracji) lub zwykłej sraczki (dla pospolitego luda). Więc jako Polacy nieprzeciętni, spróbujmy poplażować na innej półkuli, np. w Meksyku. A w Meksyku chyba najbardziej znanymi, plażowymi miejscami, są Acapulco i okolice Cancún.

Acapulco

O Acapulco słyszał każdy, bo rozsławiła je głupiutka włoska piosenka. Trochę gorzej jest już z lokalizacją tego miasta, bo ze względu na włoski tekst piosenki, wszyscy szukają go w rejonie Półwyspu Apenińskiego (dla totalnie niezorientowanych – to z grubsza Włochy). A tymczasem niespodzianka: Acapulco bez żadnych wątpliwości leży na południu Meksyku, nad Pacyfikiem. Czyli nawet nie nad morzem, ale nad oceanem.

Sława sławą, ale powiedzmy sobie szczerze: Acapulco nie tylko bardzo się rozrosło, ale także za sobą ma już swoje najlepsze lata. Na fali wznoszącej w Meksyku jest obecnie raczej Cancún (o którym niżej) i Riviera Maya. Niemniej, znaczna część pustaków uważa za punkt honoru pojawić się na plaży Acapulco, strzelić samojebkę i udawać szczęśliwego (szczęśliwą). Tak czy siak, warto przyjrzeć się zadom i waletom tego miejsca.

Plaża w Acapulco. Genialny piasek – ale tylko na zdjęciu

Acapulco to dosyć wąska i głęboka zatoka z piaszczystą plażą. Piaszczystą rzecz jasna na zdjęciach. Bo w rzeczywistości piasek okazuje się drobnymi kamyczkami, po których chodzenie może nie jest torturą, ale z pewnością nie jest także przyjemnością. Ponadto słońce praży i nagrzewa piasek bardzo mocno – już w okolicach południa trudno po nim chodzić boso. Ale za to pogodę mamy murowanie dobrą.

Ponieważ jest to zatoka, a morze jest Oceanem Spokojnym, woda jest cieplutka. Ale co dziwne – pomimo, że jest to zatoka, występują w niej stosunkowo silne i kapryśne fale. I dosyć blisko od brzegu robi się głęboko – co może być zarówno wadą (dla moczycieli odwłoków), jak i zaletą (dla pływaków).

Zatoka Acapulco

Oczywiście widoki są wspaniałe, w ciągu dnia można wybrać się na rejs wzdłuż zatoki i podziwiać wille, należące kiedyś do sławnych ludzi, a teraz pewnie do narkotykowych bossów (nieco mniej łasych na sławę). W nocy natomiast podziwiać pięknie oświetlone wzgórza – do czasu uświadomienia sobie, że są to światła może nie slumsów, ale domów należących do zdecydowanie biedniejszej części populacji miasta. I broń Boże nie wybierać się wieczorem na rajd po mieście, bo może się to źle skończyć. To nie jest bezpieczne miasto. I wcale nie chodzi o mordobicie, zafundowane nam przez męża puszczalskiej żony.

Acapulco jest dobrym miejscem na spędzenie całego dnia na plaży i chłonięcie miejscowych klimatów. Bo na plaży obnośni sprzedawcy oferują prawie wszystko: od świeżych owoców, przez tortille i kukurydzę we wszelkich konfiguracjach (w końcu to Meksyk), ciuchy, biżuterię z pseudosrebra, po pamiątkowe figurki, będące z pewnością wierną kopią azteckich zabytków. No i standardowe rozrywki wodne: od lotów na spadochronie nad morzem, przez skutery wodne, po rejsy na bananie. Co ciekawe, ceny tych rozrywek są odczuwalnie niższe niż w Cancun. Nie spotkałem się jedynie z próbami handlu żywym towarem na plaży, ale kto by tam chciał szpetną (z definicji) Meksykankę?
Wielbiciele miejscowych klimatów mogą się poczuć doskonale: tłumy tubylców zapewniają odpowiedni zestaw wrzasków i puszczanej na full muzyki z przenośnych odtwarzaczy – bo na tym polega życie na plaży według Meksykanów.

Lokalny koloryt na plaży

Większość hoteli w Acapulco wybudowana została w latach ’80, więc nie jest to jakaś wielka rewelacja. Na szczęście po liftingu (a przeszła go większość z nich), nie jest to także wielka porażka.

Cancún

Nie słyszałem dotąd żadnej piosenki o Cancún (ani po włosku, ani w innym języku), ale pewnie wszystko przede mną. Tak, czy siak, położone jest ono także w Meksyku, a dokładnie w północnej części Półwyspu Jukatan. Czyli już nie Pacyfik, ale Atlantyk, dlatego w porównaniu z Acapulco, jest chłodniej – i w wodzie, i w powietrzu. Na szczęście nie jest zimno. Dla Polaka wielką zaletą Cancún jest to, że znajduje się tu międzynarodowe lotnisko. Więc po krótkim ;-), 12-godzinnym locie bezpośrednim lub locie z przesiadką i półgodzinnym przejeździe taksówką, można już byczyć się na plaży. Dotarcie do Acapulco z Polski zajmie znacznie więcej czasu, zapewne z przelotem do Mexico City.

Przy tej fotografii nie użyto filtrów 🙂

Miejsce jest kompletnie inne niż w Acapulco. Przede wszystkie przestrzeń wodna jest rozległa – nie jest to wąska zatoka. Plaża jest nieoszukanie piaszczysta, a sam piasek jest delikatny jak mąka – lepszy nawet niż nad zimnym Bałtykiem.

Fali prawie nie ma, dno opada łagodnie, więc nawet 50 m od brzegu woda może być głęboka jak w basenowym brodziku. Mało jest także na plaży wrzaskliwych tubylców, co oznacza, że generalnie nie ma wielu tubylców. Bo tubylcy mają to do siebie, że jeżeli już na plaży są, to są wrzaskliwi. Mniej jest również obnośnych sprzedawców wszystkiego.
Zestaw rozrywek wodnych podobny jak w Acapulco (bo w tym temacie w sumie trudno wymyślić koło), tylko, że jest zdecydowanie drożej.

Plaża w Cancun. Piaseczek – nieoszukana mąka

Generalnie ponoć Cancún – inaczej niż Acapulco – nastawione jest raczej na obcokrajowców.

Cancún to miejsce wypoczynku stosunkowo nowe, a więc i nowa jest infrastruktura hotelowa. No i jest bezpieczne – spokojnie można wybrać się na wieczorny spacer.

Natomiast największa wadą Cancún jest pogoda, która jest kapryśna jak nad Bałtykiem. Niczym nadzwyczajnym jest, że po słonecznej porannej pogodzie i temperaturze 28oC, w ciągu pół godziny nadciągają chmury i zaczyna padać deszcz. Na murowane słońce w ciągu całego pobytu nie ma co liczyć.

Po upływie pół godziny – deszcz

No i, broń Boże, niech nikt nie da się nabrać na snorkowanie na „drugiej co do wielkości rafie koralowej na świecie”, bo to bujda na resorach. W Cancún rafy praktycznie nie ma. Coś tam bardziej żywego pojawia się w okolicach lipca i sierpnia, ale to i tak nędza. Nie ma co porównywać choćby z Egiptem. Prawdziwa rafa jest kawałek dalej, w śmierdzącym (lub pachnącym) palonymi konopiami państewku zwanym Belize.

Podsumowanie

Acapulco – plusy

Stabilna pogoda.
Gorąco – 30 stopni C to nic nadzwyczajnego.
Ciepły ocean.
Niższe niż w Cancún ceny.

Acapulco – minusy

Plaża (gruboziarnisty piasek).
Bezpieczeństwo (a w zasadzie niebezpieczeństwo, zwłaszcza po zachodzie słońca).
Nie najnowsza infrastruktura hotelowa.
Tłumy wrzaskliwych tubylców.
Trudniejszy niż do Cancún dojazd (dolot) z Polski.

Cancún – plusy

Plaża z rewelacyjnym piaskiem.
Bezpieczeństwo.
Nowe hotele.
Międzynarodowe lotnisko.
Sporo sklepów z lepszymi ciuchami.

Cancún – minusy

Niestabilna pogoda, częste deszcze.
Ceny wyższe niż w Acapulco.
Ściema z rafą koralową.

Jak widać, nie jest łatwo znaleźć idealną plażę.

Nebelwerfer

P.S. Podziękowania dla kolegi J. za udostępnienie fotografii i wsad merytoryczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *