intro

Sceny z życia prawnika. Ściemy



Praca prawnika jest nudna, żmudna, mozolna, niewdzięczna i stresująca. Normą jest tu praca wieczorami lub w domu, w łikendy, w Wigilię albo w Sylwestra. Jest to głównie związane z klientami, doznającymi nagłych olśnień, że coś pilnie i terminowo musi zostać zrobione. Przypominają w tym dawnych proroków lub św. Pawła (znanego wtedy pod imieniem Szaweł) w drodze do Damaszku. Przy czym określenie „terminowo” oznacza tu dwie sytuacje:

  1. Faktycznie upływa termin urzędowy lub sądowy, o czym ktoś z galopującą amnezją, wrodzonym lub nabytym matołectwem lub najzwyklejszą w świecie lekkomyślnością (możliwa jest także kombinacja tych cech) przypomniał sobie w ostatniej chwili. Tu niestety nie pozostaje nam nic innego niż zaciśnięcie pośladów i wzięcie się za robotę. Szczególnym przypadkiem jest sytuacja, kiedy termin ten upłynął. Nie jest to sytuacja kompletnie beznadziejna, ale często skuteczność działań, jakie można wtedy podjąć, jest równa próbom wyciągnięcia się z bagna za własne włosy (metoda na barona Münchausena).
  2. Klient jest najzwyczajniej w świecie głupio i nieracjonalnie namolny i po ekspresowym załatwieniu przez nas sprawy, przygotowane dokumenty leżą u niego tydzień lub dwa nie czytane. Bo w istocie sprawa wcale pilną nie była.

W sytuacji opisanej w pkt. 2), jak również w innych przypadkach niegroźnych procesowo lub urzędowo, istnieje na szczęście podręczny zestaw patentów, pozwalających nam na zasymulowanie rzeczywistej pracy i krótkodystansowe spławienie namolnego osobnika (lub osobniczki – przepraszam miłe Panie, za wcześniejsze pominięcie ich szlachetnych i zaokrąglonych we właściwych miejscach osób). Unikamy przy tym prostego wysłania osobnika (osobniczki) na bambus lub zwykłego życzenia szybkiego odp…enia się. Unikamy także banałów w postaci nieodbierania telefonów komórkowych lub nakazania sekretarce informowana dzwoniących na telefon stacjonarny, że jesteśmy na spotkaniu, w sądzie lub najzwyczajniej w świecie w kiblu. Prawnik jest dziwką na sprzedaż i rzadko może sobie pozwolić na przebieranie wśród klientów. Jest nawet w gorszej sytuacji niż dziwka, bo dziwka przynajmniej standardowo jest w stanie wysłać klienta pod prysznic. W przypadku prawników jeszcze o takiej opcji nie słyszałem, choć zawodowo spotkałem osoby, którym przydałby się prysznic, i to długotrwały. Ale wszystko przede mną. Poniższe patenty warto także zastosować wobec klientów – delikatnie mówiąc – nie biegnących do banku, żeby zapłacić za naszą fakturę. Warto dostosować się do ich tempa płatności i popatrzyć z przyjemnością, jak się miotają, bo wielkimi krokami zbliża się termin wniesienia apelacji w sprawie o głupie 16 mln zł. W końcu nie jesteśmy lekarzami leczącymi cudze stresy. Wystarczy, że staramy się zminimalizować własne. Do zestawu podręcznych patentów spławiająco – opóźniających należą przede wszystkim:

1. Pańska sprawa jest bardzo skomplikowana

Jest to świetny tekst wyprzedzający. A jak wiadomo, atak jest najlepszą obroną. Serwując taki tekst na pierwszym spotkaniu z klientem, od razu rezerwujemy sobie znacznie więcej czasu na załatwienie sprawy. Przecież skoro sprawa jest skomplikowana, to trzeba ją przemyśleć, prawda? A że myślenie jak powszechnie wiadomo bywa bolesne i długotrwałe, nie sposób załatwić tego od ręki lub nawet w jeden dzień. I od razu mamy trochę czasowego luzu, który możemy twórczo wykorzystać na upodlenie się w knajpie lub co najmniej przejrzenie ciekawych portali z pieskiem pokojowym w tytule. A skoro ktoś już zdecydował się prawnika jako siłę teoretycznie fachową nawiedzić, to powinien zaufać naszej wstępnej ocenie swojego problemu. Zresztą tekst o komplikacji tylko utwierdzi go w tym, że podjął dobrą decyzję odwiedzając fachowca. I wszyscy są zadowoleni. Co więcej, tekst o komplikacji sprawy od razu przenosi nas na wyższą półkę cenową przy określeniu wynagrodzenia za zajęcie się sprawą. Mamy więc dwa w jednym. W końcu sprawa skomplikowana = więcej pracy = większe wynagrodzenie, które pożytecznie możemy wydać na wódę lub pokrewne nam zawodowo dziwki, korzystając przy okazji z darmowego i jednocześnie przymusowego prysznica. Choć tak naprawdę prysznic nie jest darmowy, a jego koszty zawarte są w cenie za główną konsumpcję, odbywaną z naszą pokrewną (przynajmniej zawodowo) duszą (a w zasadzie ciałem).

Słyszałem (ale nie wiem, czy jest to prawda, więc nie wykluczam, że jestem zwykłym plotkarzem), że na zajęciach aplikacyjnych jednej z korporacji wpajano aplikantom, że pod żadnym pozorem nie wolno powiedzieć klientowi, że jego sprawa jest prosta. Możliwe więc, że niektórym prawnikom to powiedzenie weszło już w krew.

Sprostowanie: wcale nie wykluczam, że jestem plotkarzem. Po prostu nim jestem.

2. Muszę zapoznać się z orzecznictwem sądowym.

Wariant rozbudowany opcji nr 1. Doskonale sprawdza się przy pierwszej rozmowie jako rozbudowanie uzasadnienia potrzeby większej ilości czasu i pieniędzy. Klient (klientka) jest zadowolony (zadowolona), bo z pewnością uzyska pogłębioną analizę. Rozczarowanie po tekście: „nie ma orzeczeń na ten temat” przyjdzie dopiero później. Często wraz z fakturą. Ale ten wariant świetnie sprawdza się także jako wyjaśnienie opóźnienia w załatwienia sprawy.

3. Musimy Pańską (Pani) sprawę przeanalizować w szerszym gronie.

Dodatkowe uzasadnienie stopnia skomplikowania sprawy. Klient (klientka) czuje się mile dopieszczony (jakby dopieszczenie mogło być niemiłe), że nad jego megaskomplikowaną sprawą główkować będzie sztab prawników. O święta naiwności! Sztab prawników może co najwyżej deliberować, jak wypić pół litra w pięciu, żeby każdy sprawiedliwie się nawalił. Jednakże ten patent nie powinien być nadużywany. Stosując go, chcąc nie chcąc umniejszamy swoje umiejętności i nieomylność: skoro musimy korzystać z pomocy innych, to widać nie jesteśmy tacy genialni, jak się wszystkim wydawało.

4. Właśnie wysłałem Panu/Pani e-maila. Nie doszedł?

Słodkie i całkowicie niesprawdzalne kłamsteweczko. Przecież na najbliższym spotkaniu nie pokażemy mu programu pocztowego, żeby udowodnić, że faktycznie coś wysłaliśmy (poza wiązką przekleństw w powietrze). A niedojście e-maila zawsze można zwalić na informatyka („od czasu jak mi przekonfigurował pocztę, nic nie chce działać”), wirusy („słyszał Pan o wirusie „Donald Tósk”? Żaden program antywirusowy go nie bierze”) lub na telekomunikację („naprawdę musimy zmienić operatora. Biorą pieniądze za nic”).

To kłamsteweczko pozwala nam zyskać trochę bezcennego czasu, a z namolnego (namolnej) klienta (klientki) nieco schodzi napięcie – w końcu dostaje informację, że coś dla niego (niej) zrobiliśmy. Filozoficzne rozważania, czy nic to także coś, pozostawmy osobom cierpiącym na nadmiar czasu.

5. Zmiana ustawień daty.

Ekstremalne rozwinięcie kłamsteweczka z pkt 4, trącące trochę oszustwem. Przed wysłaniem oczywiście opóźnionego e-maila możemy zmienić ustawienia daty i godziny w komputerze, a po wysłaniu powrócić do aktualnych ustawień. Zabezpieczamy się w ten sposób na wypadek, gdybyśmy trafili na węszącego i wrednego (a wszyscy węszyciele tacy są) podejrzliwca (podejrzliwczynię? No w każdym razie wredną babę). Po tej drobnej korekcie nikt nam nie udowodni, że nasze twierdzenie dotyczące pory wysłania e-maila odrobinę mija się z prawdą.

6. Nie przeszedł załącznik?

Banalnie prostym i skutecznym patentem jest wysłanie e-maila z durną treścią: „w załączeniu przesyłam to, o co byłem męczony”. Oczywiście żadnego załącznika nie wysyłamy, może poza emotikonem pokazującym szczęśliwe słoneczko lub jakąś inną pierdołą. Pokażcie mi osobnika (niezależnie od płci), któremu nie zdarzyło się zapomnieć dołączyć załącznika do e-maila, a nazwę go arcyksięciem lub arcyksiężną. Pewnie byłaby to osoba, która nigdy nie korzystała z poczty elektronicznej. A skoro pominięcie załącznika wśród czynnych korzystaczy z poczty elektronicznej przydarzyło się każdemu, to nasze kłamstewko jest bardzo wiarygodne. Oczywiście, żeby nasz wykręt był skuteczny, trzeba dorobić do niego odpowiednią legendę. Kiedy więc namolny typ (lub namolna typka) dzwoni wściekły (wściekła) i wrzeszczy: „Panie, a gdzie ten pi…ony załącznik?!” nie możemy powiedzieć, że zaraz go doślemy. Więc najlepiej udawać, że jesteśmy poza biurem (symulacja odgłosów ulicy lub jadącego samochodu wielce wskazana) i będziemy w stanie ponowić kompletnego tym razem e-maila za czas jakiś.

7. Pański (Pani) e-mail wylądował w spamie.

Ta sytuacja bardzo często zdarza się w rzeczywistości, więc brzmi bardzo wiarygodnie. Pozwala nam zgrabnie wytłumaczyć, dlaczego totalnie olaliśmy problem, zgłoszony przez klienta pocztą elektroniczną. Programy pocztowe zawierają czasami folder nazywany nie „spam”, ale „wiadomości – śmieci”. Jednakże pod żadnym pozorem nie wolno nam powiedzieć: „Pańska wiadomość wylądowała w śmieciach” zamiast: „Pańska wiadomość wylądowała w spamie”. Brzmiałoby to bowiem, jakbyśmy chcieli powiedzieć, że sam klient w tych śmieciach wylądował. Nawet jeśli ze wszech miar na to zasługuje, to powiedzieć tak nam nie wolno. Fizycznie katapultować go do śmietnika można przy innej okazji. Zwłaszcza, jak już zapłaci za fakturę.

8. Dopiero przyszedłem do firmy i jeszcze nie włączyłem komputera.

Bardzo wiarygodne kłamstewko, w dodatku praktycznie nieweryfikowalne, chyba, że ktoś podrzucił nam pluskwę i namierza nas satelitarnie. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest jednak pomijalnie znikome. No, chyba, że chędożymy cudzą żonę bez zgody szanownego Jej małżonka – wtedy wzmożona czujność jest ze wszech miar wskazana. Także to kłamstewko usprawiedliwia olanie e-mailowego problemu. Na naszą korzyść przemawia także to, że prawnik często musi być bardzo mobilny i szlajanie się na spotkania, negocjacje, czy do sądu, występuje bardzo często.

9. Właśnie pracuję nad Pańską (Pani) sprawą.

Cudowne, nic nie znaczące powiedzenie. Każda zgłoska w tym stwierdzeniu pieści klienta (klientkę), ale z tego powiedzenia i pieszczot nic nie wynika. Co więcej, w bardzo krótkim czasie można nim pieścić tylu klientów, z iloma nie poradziłaby sobie najlepsza dziwka. Jednak to my jesteśmy mistrzami. A że właśnie żłopiąc kawusię oglądamy „Gorące i mokre”? Przecież tego nie powiemy. Prawnik powinien być skromny i nie wzbudzać zazdrości.

10. Przekazałem sprawę do załatwienia koledze, którego właśnie nie ma.

Tylko czasem bez nazwisk, bo wredny podejrzliwiec (a takich wybitnie nie lubimy), gotów do kolegi zadzwonić.

11. Nie przysłał Pan (przysłała Pani) dokumentów lub informacji, o które prosiłem.

Kolejny patent wyprzedzający. To my jesteśmy fachowcami i my oceniamy co jest, a co nie jest ważne. Dlatego żeby odwlec ruszenie odwłoka i zajęcie się durną sprawą, wystarczy zarzucić klienta prośbami o pilne dostarczenie dodatkowych papierów lub informacji. Im więcej, tym lepiej. Im więcej czasu zajmie przygotowanie tych dokumentów i uzyskanie informacji, także tym lepiej. A że potem wszystko to okaże się zupełnie niepotrzebne? Zaraz, zaraz, dlaczego niepotrzebne? Przecież dogłębnie sprawę zbadaliśmy i musieliśmy wykluczyć pewne opcje. O tym, że wiedzieliśmy to od początku, pozostaje naszą mniej lub bardziej słodką tajemnicą. A że przy okazji klient musiał przynieść kilka ryz zadrukowanego badziewiem papieru? No cóż, stosując te metodę sprawimy, że przemysł drzewny stanie się kołem zamachowym gospodarki.

12. Przepraszam, przesłałem Panu (Pani) niewłaściwą wersję pliku.

Ten patent wymaga odrobiny (na szczęście naprawdę odrobiny) wysiłku. Po prostu rozgrzebujemy temat i w rozgrzebanej wersji wysyłamy do klienta. Rozgrzebanie jest bardzo proste: piszemy sążnisty tytuł, dwa nic nie znaczące zdania, wklejamy tezy dwóch orzeczeń Sądu Najwyższego kompletnie od czapy – i wysyłamy e-mailem. A jak klient (klientka) zadzwoni, że coś ta analiza jest mało obszerna i nie zawiera wniosków – udajemy głupka (co powinno nam przyjść bez trudu) i mówimy bez zmrużenia okiem (przez telefon udaje się to znakomicie), że widocznie „omyłkowo” wysłaliśmy wstępną wersję naszego wiekopomnego dzieła. Ostateczna wersja jest oczywiście chętna i gotowa, ale niestety, nie możemy jej przesłać, gdyż jesteśmy poza firmą. Prześlemy jak tylko wrócimy do firmy, a że będzie to dopiero jutro … Cóż, nikt nie lubi pechowców. Oczywiście wskazane jest zasymulowanie ruchu ulicznego lub jazdy samochodem jak w pkt. 6. Ewentualnie najprostszy pod słońcem i w 100% skuteczny tekst: przepraszam, właśnie będę wchodził na salę sądową. To ucina wszelkie dyskusje.

Nebelwerfer

Komentarze

2 komentarze do “Sceny z życia prawnika. Ściemy”
  1. Gość says:

    Nie tylko prawnicy zmagają się ze sprawami na ASAP po czym okazuje się, że nie ma terminów, których nie da się przełożyć;)

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      Zwłaszcza, jeśli tym terminem jest 31 czerwca 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *