intro

RPA – zadrutowany kraj. Porady praktyczne



Garść praktycznych porad przed podróżą

Może nie jest to ponowne odkrywanie koła, ani porady jak wyjechać z plecakiem na biegun południowy, ale poniżej garść mniej lub bardziej praktycznych porad przed wyjazdem do Republiki Południowej Afryki. A odwiedzić ten kraj naprawdę warto!

Kapsztad. W tle Góra Stołowa w wersji dla pechowców – szczyt całkowicie zakryty przez chmury

Klimat (ogólnie)

Różnorodny. Prawie jak w Polsce. Choć jedziemy (lecimy) do Afryki, nie jest to przysłowiowa spalona słońcem afrykańska ziemia (lub piasek), jak się niektórym wydaje. Bliżej tu do klimatu europejskiego niż do tego, co stereotypowo myślimy o Afryce. Generalnie spodziewać należy się wszystkiego: i temperatury ok. 20oC i niższej, i deszczu, i mgły, i upału takiego, że piasek parzy stopy (Durban), i huraganowego wiatru (Przylądek Dobrej Nadziei). Baj de łej: ta nazwa to piarowe mistrzostwo. Pierwotnie nazywał się on Przylądek Burz, co było zdecydowanie bardziej adekwatną nazwą. Trzeba być przygotowanym na wszystko. Łącznie z pingwinami niedaleko Przylądka Dobrej Nadziei (jedyna kolonia pingwinów w Afryce).

Widok z latarni morskiej na Przylądku Dobrej Nadziei.

Pogoda (czyli co wziąć lub założyć)

RPA nie jest krajem o murowanej pogodzie, jak np. Tunezja między czerwcem a październikiem. Czyli nawet jeśli przebywamy w jednym miejscu, pogoda może być zmienna jak panienka i płatać figle. Dodatkowo, kraj jest rozległy i różnorodny, co także powoduje różnorodność pogodową. Jeśli więc planujemy nie siedzenie w jednym miejscu (co jest trochę bez sensu), ale mniejsze lub większe podróżowanie (a z takim założeniem udaje się do RPA większość podróżujących), to warto być na zmiany pogodowe przygotowanym. Przygotowanie ubraniowe powinno dotyczyć więc w zasadzie każdej możliwej pogody, może poza mrozem. Warto więc mieć ze sobą i krem do opalania z wysokim filtrem, letnie buty (sandały, espadryle, czy co kto tam ma, byle nie crocsy, błeee), krótkie spodenki, koszulki z krótkim rękawem i kapelusz przeciwsłoneczny. Ale może przydać się także lekka kurtka przeciwdeszczowa i jakaś bluza z długim rękawem i z takąż nogawką spodnie. Bluza i długie spodnie przydadzą się np. na Górze Stołowej w Kapsztadzie, gdzie nieźle wieje, ale to i tak nic w porównaniu z huraganowym wiatrem na Przylądku Dobrej Nadziei (zwłaszcza na latarni morskiej na tym przylądku, na którą i tak warto się wdrapać).

Dowód na to, że nawet w Afryce pada deszcz

Szczęście

Ważny element ekwipunku, który powinniśmy zabrać ze sobą. Vide pogoda i klimat. Jeśli dopisze, czekają nas nieziemskie widoki w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei i wspaniała panorama z Góry Stołowej w Kapsztadzie lub z Okna Boga. Jeśli nie dopisze, jedyne co obejrzymy w tych miejscach, to mgła, która generalnie jest wszędzie taka sama, niezależnie od szerokości geograficznej. Więc żadna to atrakcja. Ale próbować warto.

Okno Boga – wersja dla szczęściarzy. Pechowcy zobaczą tu tylko mgłę

Przelot

Od jakiegoś czasu pojawiła się możliwość lotów bezpośrednich z Polski. Tak więc Dreamliner to bardzo dobre rozwiązanie. Można w nim w miarę swobodnie wyciągnąć nogi (dosłownie, wyciągania w przenośni nie próbowałem).

Okolice Przylądka Dobrej Nadziei

Bezpieczeństwo

Niby nie spotkało mnie tam nic nieprzyjemnego, ale nie czułem się bezpiecznie. Wszechobecny drut ostrzowy (vide niżej) i mury nie wypływają dobrze na poczucie bezpieczeństwa. Jeśli takie zabezpieczenia występowałyby incydentalnie, można by to uznać za kaprys lub czyjeś przewrażliwienie. Ale jeśli występują powszechnie, to chyba znaczy, że są potrzebne. Oczywiście, w najpopularniejszych turystycznie miejscach, prawdopodobieństwo dostania po głowie nie jest wysokie. Ale na samotny lub nawet w małej grupie spacer po Johannesburgu na pewno bym się nie zdecydował.

Peryferie Soweto – owianej złą sławą dzielnicy Johannesburga

Drut ostrzowy

Ulepszona wersja drutu kolczastego – elementem zniechęcającym do sforsowania ogrodzenia nie są w nim sterczące kawałki drutu, ale ostrza, podobne do żyletek. Można powiedzieć, że obecnie jest to symbol RPA, bo ogrodzenia z drutem ostrzowym na górze spotyka się wszędzie – podobnie zresztą jak mury. Jest to stały element krajobrazu miejskiego. I takie mury z drutem ostrzowym otaczają nie tylko całe „białe” osiedla, ale także pojedyncze domy. Mało tego: drut ostrzowy wykorzystuje się nawet przy szlabanach i wjazdach do garaży podziemnych w budynkach. Smutne, ale zakładam, że nie robi się tego tylko dla ozdoby, ale z konieczności.

Zadrutowany kraj

Moskitiera

Zalecany w przewodnikach i katalogach element wyposażenia. Ale jeżeli jedziemy z biurem podróży i nocować będziemy tylko w hotelach, absolutnie nie warto zabierać. Po pierwsze: zabiera bezcenne dekagramy w bagażu. Po drugie: strefa malaryczna to głównie północno-wschodnia część kraju (okolice Parku Krugera), w której przybywa się zazwyczaj dość krótko. Po trzecie: w ŻADNYM pokoju hotelowym (w tym w hotelach niedaleko Parku Krugera i Parku Hluhluwe) nie było żadnego uchwytu, pozwalającego na zamocowanie moskitiery. A próba wkręcenia w sufit własnych haczyków do zawieszenia moskitiery, spotykałaby się zapewne z oskarżeniem o dewastację pokoju. Dlatego bez sensu jest moskitierę taszczyć. Lepiej wziąć coś w spreju na komary i rozpylić w pokoju. I oczywiście mieć smarowidło antykomarowe z wysokim deetem w celu ochrony osobistej (patrz niżej).

Pan żyraf lub pani żyrafa (nie sprawdzałem). Komarów na zdjęciu brak. Park Krugera

Malerone

Lekarstwo na malarię. Ponoć najlepsze i z najmniejszymi skutkami ubocznymi. Stosowane zarówno zapobiegawczo i leczniczo. Brać, czy nie brać – oto jest pytanie.

Generalnie dylemat związany z zażywaniem Malerone wystąpi tylko w przypadku, gdy planujemy wizytę w potencjalnej strefie malarycznej RPA, czyli w istocie w Parku Krugera i okolicach. Teoretycznie najlepiej wziąć i mieć spokój, że jakaś zabójcza komarzyca nie poczęstuje nas niemiłym choróbskiem. Jednakże problemy z Malerone są następujące:

  1. Pomimo, że jest to ponoć lek najlepszy, to jednak szanse wystąpienia skutków ubocznych są całkiem spore. A do najczęstszych skutków ubocznych należą nudności i złe samopoczucie. Poza tym ponoć niektórzy dostają po tym specyfiku małpiego rozumu. Tak czy siak, jest to pakowanie się niezbyt przyjazną organizmowi chemią,
  2. Lekarstwo nie jest tanie. Zakup jednego opakowania to wydatek rzędu 150 złotych. A na dwutygodniowy wyjazd (i ewentualną profilaktykę przedwyjazdową) jedno opakowanie to zbyt mało.
  3. Malerone jest sprzedawane wyłącznie na receptę, tak więc czeka nas wizyta u lekarza medycyny tropikalnej (dodatkowy koszt plus konieczność wcześniejszego planowania).
  4. W celu pełnej ochrony, najlepiej zacząć je brać jeszcze przed wyjazdem i profilaktycznie przez cały pobyt. Choć można także wziąć ze sobą „na wszelki wypadek” i zacząć brać w przypadku wystąpienia objawów malarii

Decyzję powinien podjąć każdy samodzielnie. Ja nie wziąłem i malarii nie złapałem. Wystarczyło smarowanie się Muggą z wysokim deetem.

Park Krugera

Mugga lub inne paskudztwo na komary

Jeśli zaliczać będziemy Park Krugera, to jest to obowiązkowy element wyposażenia. Koszt w porównaniu z Malerone nie jest wielki, ale może nas uchronić przed bliskim spotkaniem z niemiłym owadem. A zawsze lepiej zapobiegać niż likwidować skutki. Pamiętać tylko należy, żeby antykomarowy specyfik miał wysoki deet – parametr opisujący zdolność do ohydzenia komarom naszej osoby. Oprócz Muggi można także pomyśleć o kupnie antykomarowego specyfiku do nasączania odzieży – co może nas ochronić przed ukąszeniem przez ubranie. Najlepiej wyselekcjonować ciuchy, które zamierzamy zabrać w strefę malaryczną i jeszcze w Polsce spryskać je tym specyfikiem. Ponoć utrzymuje on efekt przez kilka tygodni – pod warunkiem, że nie będziemy prali ubrań, bo po każdym praniu całą akcję trzeba powtórzyć.

W przypadku Muggi i podobnych środków należy pamiętać, żeby nie smarować się ani nie spryskiwać w pomieszczeniach – ich opary nie są zbyt zdrowe.

Park Hluhluwe. Ilość komarów w kadrze: 0.

Żarcie

Na jedzenie narzekać nie wypada i nie można. Szczególnie godne polecenia są pyszne i świeże owoce morza, np. smażone na chrupko małe ośmiorniczki. Gdyby ktoś zawadził o Durban, to godna polecenia jest knajpa w oceanarium z widokiem na rekiny i inne rybki.

I warto także popróbować lokalnych przysmaków np. steku z mięsa impali. Impala to piękne zwierzę. I równie smaczne.

Impala. Piękna. I smaczna

Przejściówka

Jak powszechnie wiadomo, różnorodność świata przejawia się m.in. w różnorodności standardów. O ile różne standardy urody kobiecej mogą mieć swój urok, o tyle brak powszechnie obowiązującego standardu wtyczkowo – prądowego jest dość wkurzającym elementem życia. Podobnie jak 110 V w gniazdkach z prądem w jueseju, a dla Amerykanów – 230 V w gniazdkach z prądem w jurop. Ale do rzeczy: RPA ma swój standard wtyczek, który chyba nie występuje nigdzie indziej na świecie: trzy bardzo grube bolce ustawione w trójkąt. Standard trzybolcowy nie jest na świecie ewenementem, ale w tym przypadku grubość bolców i ich rozstaw są niepowtarzalne. Na szczęście jest to jedyny obowiązujący tam standard. Wieść gminna niesie, że w Burkina Poland nie sposób kupić przejściówki prądowej w tym standardzie. Oczywiście jest to taka sama prawda jak to, że posłowie są elitą narodu. Dlatego udało mi się w stolicy taką przejściówkę kupić, co prawda drożej niż na miejscu. Można też kupić przez internet. Pytanie tylko czy warto? Otóż odpowiedź jest podobna jak w innych przypadkach: jeżeli nocować będziemy tylko w hotelach, to raczej nie. W każdym hotelu było co najmniej jedno gniazdko w standardzie europejskim. Więc przejściówka ma sens tylko w przypadku, gdy koniecznie musimy podłączyć do prądu jednocześnie co najmniej dwa urządzenia. Ewentualnie przejściówkę kupić na miejscu, co wyjdzie taniej.

Panie, jakie pingwiny!? Przecież to Afryka!

Waluta

Dolar, panie, dolar! I tyle. Lepszy do wymiany niż euro.

Wymiana pieniędzy

Jest z tym kłopot i mnóstwo biurokracji, z dokładnym sprawdzaniem paszportów na czele. Kłopot polega m.in. na tym, że wymienić pieniądze można w zasadzie tylko w banku. Dlatego wielokrotna wymiana pieniędzy będzie nas kosztować mnóstwo zmarnowanego czasu. W naszym przypadku udało się zminimalizować marnotrawstwo czasu, bo wymieniliśmy pieniądze tylko dwa razy: na samym początku w hotelu w Durbanie, gdzie pojawiła się ekipa z pieniędzmi w kopertach, z równowartością bodajże 100 USD w każdej i która do minimum sprowadziła wszelkie formalności. Przy czym kurs nie był zdzierski. Potem w banku, ale wymiany udało się dokonać raz dla większej grupy, co pozwoliło oszczędzić czas, ale i tak trwało to chyba ze 40 minut. No, ale gdyby wymiany dokonywał każdy indywidualnie, te 40 minut trzeba by pomnożyć przez ilość osób wymieniających pieniądze.

Kapsztad

Gifty, pamiątki, pierdoły

RPA to doskonały kraj dla kupowaczy. Jest spora szansa nabycia rzeczy miejscowej produkcji, a nie królującej w Europie chińszczyzny. Czyli można kupić i portfel ze skóry antylopy, i kapelusz z otokiem z sierści dzikiego zwierza, i maski z mordami wszelakimi. Wielbiciele turpizmu w sztuce powinni zwrócić uwagę na figurki, wykonywane z drutu i innych odpadków. Natomiast wielbiciele wina – na swój ulubiony napitek. Warto zahaczyć o którąś z winnic i zaopatrzyć się w kilka flaszek, bacząc jedynie na limit bagażu.

Rękodzieło z odpadów. Raczej nie mejd in czajna

Dobrą opcją jest odwiedzenie dużych z sklepów z pamiątkami, które można spotkać w większych miastach. Niektóre z nich oferują wysyłkę do naszej ojczyzny. Jest to dobra opcja, bo nie nabija nam ciężaru bagażu. Poza tym nie musimy się martwić o zabezpieczenie towarów, które można łatwo uszkodzić (np. ceramicznego globusa) – to już zmartwienie sklepu.

I tylko jedna uwaga kawosza: RPA nie jest krajem kawy. Kawa tam może nie jest fatalna, ale po prostu przeciętna i przede wszystkim importowana. Dlatego kawy przywozić nie warto.

Warto? Warto!

Wielka piątka

Pięć gatunków zwierząt uważanych przez myśliwych za największe trofea: słoń, lampart, lew, bawół i nosorożec. Przy czym za najgroźniejsze z nich uchodzi – co może niektórych zdziwić – bawół. Obecnie myśliwi są be, zwłaszcza po wyczynach ex-króla Hiszpanii Juana Carlosa i amerykańskiego dentysty, zamiast na próchnicę, polującego na lwy. A z naszego podwórka – wyczynach kolegów byłego ministra na Sz. Więc zaliczenie wielkiej piątki ogranicza się do jej zobaczenia. Mnie się to udało w Parku Krugera. W Parku Hluhluwe była czwórka, poza lampartem.

Są słonie – jest Afryka!

Nebelwerfer

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *