intro

Restauracja Senses. Gwiazdka z nieba Michelina



W świecie żarłoków gruchnęła wieść, że Atelier Amaro nie jest już jedyną polską knajpą (lub restauracją lub atelier lub świątynią jedzenia), która dostała gwiazdkę w przesławnym przewodniku Michelina, o którym słyszał każdy żarłok, a którego nikt w ręku nie miał.
Przy okazji pojawiły się ploteczki i smaczki, związane z rzekomym udziałem właścicielki tej knajpy w pewnym programie kulinarnym, z którego szybko miała odpaść, a w którym to programie przesławnym jurorem miał być Pan Wojciech Amaro, zwany także dla niepoznaki Modestem.

Przyszedł więc czas na poszukiwanie sensu w sensie i wizytę w Senses – drugiej polskiej knajpie z gwiazdką (na razie jedną) Michelina. Swoją drogą, ciekawe, dlaczego przyznają gwiazdki, a nie opony. Ciekawy jest także sam wizerunek Michelinowej gwiazdki, która wygląda jak niedokończona próba narysowania kwiatu rumianka przez pierwszoklasistę. A i tak wszyscy kucharze daliby się za nią przerobić na tatara z żółtkiem.
Przy czym relacja z wizyty siłą rzeczy odnosić się będzie do porównań z Atelier p. Amaro. Zainteresowanych relacją z Amaro zapraszam tu:

http://www.3m3wolnosci.pl/atelier-amaro-gwiazdka-z-nieba-michelina/

A więc do rzeczy (lub talerza).

Miejsce

Zupełnie inne niż w Amaro. Okolice Al. Solidarności i ul. Senatorskiej. Rzut jajkiem od Teatru Wielkiego – jeśli ktoś poza wypełnieniem brzucha chce zaspokoić także głód sztuki ponoć wyższej i np. obejrzeć pląsających panów w obciskających jaja pończoszkach, to będzie miał blisko.

Miejsca nikt nie posądzi o bycie niegdyś szaletem miejskim, jak w przypadku Amaro. Knajpa jest w nowoczesnym budynku sklejonym ze starą kamienicą, w murach której widać ślady ostrzału z okresu Powstania Warszawskiego. Wchodzi się przejściem między tymi dwoma budynkami. Miłym akcentem w przejściu są zapalone znicze – nie ku czci powstańców, ale robiące nastrój.

Przy wejściu trzeba uważać na wysokie obcasy (bruk nie jest idealnie gładki), a już w środku – na kawałek szklanej podłogi. Szklana podłoga, jak powszechnie wiadomo, poza kapitalnym efektem wizualnym, kapitalnie ułatwia zrobienie podwójnego salta do tyłu, często połączonego ze szpagatem.

Rezerwacja

Nie zawierzałem swemu szczęściu, więc rezerwację zrobiłem z wyprzedzeniem. Jaki jest najkrótszy czas oczekiwania na rezerwację, nie mam pojęcia, ale biorąc pod uwagę, że knajpa jest czynna od 17.30 do 22.00, a czas biesiady dość długi, to ilościowy przerób głodomorów nie jest duży. Warto więc przewidywać, a nie próbować się chamsko wciskać w ostatniej chwili, jak próbował zrobić (na szczęście nieskutecznie) były prezydent u Amaro.

W odróżnieniu od Amaro, knajpa jest czynna w soboty, ale w niedziele już nie. Zakładam, że w niedzielę wszyscy święcą Dzień Święty, albo oddają się sztuce kreowania nowych smakowych doświadczeń, albo robią karkówkę z grilla, doprawioną musztardą sarepską. Tak więc niedzielny obiadek odpada i pozostają nam wtedy niezawodne fast foody.

Wnętrze

Prosto, ale z ukłonem w stronę wnętrz pałacowo – babcinych. Czyli kotary, gruba wykładzina na podłodze i schodach, pluszowe krzesło – fotele. I wysokie, pseudopałacowe okna, do których zresztą zachęca sama wysokość pomieszczeń. Inaczej niż u Amaro, gdzie jest wyłącznie nowoczesność i prostota. Ale na szczęście bez porozstawianych po kątach pierdułek, które mają ukryć brak koncepcji i polotu u dekoratora wnętrz.

Ale nie jest tak źle. Wnętrze na szczęście nie udaje na siłę pałacu i może się podobać. Docenić należy brak złoceń, które przypadłyby pewnie do gustu tylko ruskim oligarchom. Gorzej z widokiem z okien, które wychodzą na podwórko z parkingiem. Lepiej więc gapić się w talerz. U Amaro widok z okna jest na zieleń Parku Łazienkowskiego.

Kibel

A jednak temat kiblowy się pojawił. Otóż wystrój w kiblu utrzymany jest w kolorze czarnym, łącznie z kolorem ścian i samej muszli. Nie wiem, czy to nowa moda (podobnie jest u Amaro), żałoba po zwierzakach, których mięsko ląduje na stołach, czy niechęć do częstego sprzątania, bo na czarnym brudu tak nie widać. Tak, czy siak, wchodząc do kibla trzeba uważać i czasem nie pójść prosto, gdyż zamiast do świątyni dumania, trafimy do drugiej części sali jadalnej – do kibla wchodzi się z dwóch stron, a drzwi wejściowe są na przestrzał.

Czas

No, niestety. Tu także nie jest nawet slow food, ale dostojna biesiada. Czyli 2,5 h to absolutne minimum, jakie musimy sobie zarezerwować na pobyt (przy wyborze 7-daniowego menu, o czym niżej). Tu także czekają nas opowieści o tym, co nam podano i jak należy jeść. I często się te opowieści przydają, bo nie zawsze jest to oczywiste. W końcu foie gras w kolorze malinowym nie występuje pospolicie na każdym stole. A przy winach czekają nas historie o jednej z dwustu butelek wina, do produkcji którego użyto specjalnej odmiany winogron z południowo – zachodniego zbocza, które po zbiorze deptane są brudnymi (dla lepszych efektów smakowych) nogami 18-letnich Włoszek.

Goście

Nie idziemy na bal prezydencki, więc nie ma obowiązującego dress codu. Ale jeśli nie chcemy wyglądać jak kwiatek do kożucha lub mówiąc prostu z mostu: totalny burak, to warto ubrać się z odrobiną elegancji. Modne dżinsy z wyłażącą na wierzch dupą pozwolą co prawda docenić dotyk pluszowych siedzeń, ale wyglądać będą kiepsko i tanio (choć same tanie wcale być nie muszą). A jak wygląda goła dupa, wie większość z nas. Oczywiście lepiej także nie przeginać w drugą stronę i wiedzieć, do jakich okazji pasuje frak.

Menu

Knajpa ma stronę internetową, na której, poza numerem telefonu i adresem, są jakieś dodatkowe informacje i ze dwa zdjęcia wnętrza. To i tak więcej niż na stronie Amaro, na której króluje cieknąca kropla. A podstawowa informacja na stronie Senses jest taka, że tu także ponoć nie ma stałego menu, ale pomimo tego jest ono podane. Tylko, że informacja taka niewiele nam powie. Bo z opisu dania typu: burak – kalafior – sałata – arbuz, wynika równie wiele jak z: sznurek – ołówek – zelówka – Audi A8.
Tak więc tu także jest to kulinarna randka w ciemno, a wybór ogranicza się tylko do tego, czy wybieramy opcję siedmiu, czy dziesięciu dań. Nie ma możliwości zamówienia pojedynczych dań, a opcja trzydaniowa funkcjonuje chyba (?) jako lunch. Możemy także wybrać, czy chcemy pić alkohole do każdego dania, czy też nie. Jeśli decydujemy się na wersję alkoholową, otrzymujemy do każdego dania kieliszek wina (odpowiednio dobranego, rzecz jasna ;-)), a do jednego z dań – nawet piwa.

Istotna kwestia: goście są informowani, że nachapalność wersji siedmiodaniowej i dziesięciodaniowej jest identyczna. Czyli w obu przypadkach nasz okrąglutki brzuszek zostanie napełniony w tym samym stopniu. Tak więc porcje w wersji „10” są trochę mniejsze, żeby zniwelować większą ilość dań i żeby zgadzał się bilans wrzucanego w układ pokarmowy żarcia. Biesiadę poprzedzają bodajże dwa startery.

Generalnie po siedmiodaniowej biesiadzie wyszedłem najedzony. I bardzo dobrze.

Natomiast warto się zastanowić, czy efekt najedzenia nie jest sprytnie osiągany. Bo pierwszym starterem są trzy wypiekane na miejscu chlebki (w tym buraczany!). Już więc na starcie pieczywko miło napełnia nam żołądek, robiąc odpowiednią bazę, której nie zrobiłaby połówka jednej krewetki.

Na plus Senses zaliczam, że nie ma u nich momentów, chwil, cudeniek lub innych wyrafinowanych określeń na dania. Są dania i już, bez słowotwórczego zadęcia.

Odlotowa zastawa

Wielbiciele klasycznej stołowej zastawy muszą poszukać innego miejsca. Bo żadne danie nie jest serwowane na klasycznym, okrągłym talerzu. Dostajemy za to misę w formie kamienia z zagłębieniem, talerze w kształcie łezki, półmiski w formie płaskich desek z drewna wiśniowego (ponoć najlepsze do kontaktów z żywnością), do których potrawy są sprytnie przymocowywane kroplą majonezu. Nawet łyżki mają kształt oryginalny (vide zdjęcie tytułowe).

Przy deserze pojawiają się opary mgły, spowijające cały stół. Na szczęście nie na tyle gęste, żeby nie trafić do talerza.

I oczywiście nie można zapomnieć o wilgotnych serwetkach podawanych do deseru, w formie puchnących rureczek. Tylko czasem nie próbujcie ich jeść, chyba, że lubicie czystą celulozę.

Smak

Tu niewiele rzeczy jest oczywistych. Jesteśmy zaskakiwani nowymi smakami lub nietuzinkowym połączeniem smaków nam znanych. Może policzek wieprzowy nie brzmi dobrze, ale połączony z krewetką jest czystą rozkoszą. Boczniak brzmi banalnie, ale takiego jeszcze nie jadłem. Czy ktoś jada na co dzień kwiaty cukinii? Jeśli nie, to tutaj ma szansę. O pysznym buraczanym chlebku w kolorze oczywiście buraczanym już wspominałem.

Pierogi ruskie znamy na co dzień, ale tutaj dostajemy je w komplecie w kawiorem i słoniną, a sos do tego jest po prostu nieziemski. Poprawka: nie pierogi, tylko pieróg (sztuk: jedna). w dodatku tak jak balonik w piosence z przedszkola – idealnie okrąglutki.

Pod wyświechtanym określeniem kanapki z pasztetem kryje się bułeczka (nie wiem z czego), ale główną rolę gra foie gras, wyglądający jak mus malinowy.

I powiedzmy sobie szczerzy: i wołowina, i jagnięcina, które są serwowane, nawrócą na mięsożerną drogę nawet nawiedzonego weganina.

No i absolutne mistrzostwo świata przy deserze, czyli cygara. Jadalne. Nie wiem, jakim cudem, ale udało im się robić coś, co wygląda, jak żarzące się cygaro, tak samo pachnie (czyli dymem tytoniowym), ale smakuje jak pyszne francuskie ciastko. Kompletnie rozjeżdżają się przy tym zmysły węchu (dym) i smaku. Rewelacja. Już tylko dla samych tych cygar warto odwiedzić Senses.

Zastanawia mnie kilkukrotne pytanie o ewentualne alergie pokarmowe. Pytano mnie o to zarówno mejlem, jak i przed biesiadą. Nie wiem, czy wynika to z jakichś niemiłych doświadczeń, czy dmuchania na zimne, bo generalnie w daniach nie było jakichś szczególnie niebezpiecznych składników. Ale warto zrobić sobie rachunek sumienia i przypomnieć sobie, po czym ostatnio dostaliśmy wysypki, przy czym seks z przydrożną panienką raczej możemy pominąć.

W kwestii alkoholi warto dodać, że poza oczywistymi winami, do jednego z dań podawane jest piwo, w którym dominuje akcent miodowy. Jeśli ktoś piwa nie lubi (jak niżej podpisany), to jest ono idealne, żeby dotrzymać towarzystwa innym piwoszom, uważającym, że jak coś jest gorzkie, to musi być smaczne.

Deser w całej okazałości. Pośrodku u góry dwa cygara, a biała dymiąca rureczka niżej to serwetka :)

Deser w całej okazałości. Pośrodku u góry dwa cygara, a biała dymiąca rureczka niżej to serwetka 🙂

Opcja lunchowa

Nikt tego tak nie nazywa, ale jak już wspomniałem nie wykluczam, że opcja zamówienia trzech dań może być potraktowana jak lunch. Za marne 170 zł.

Obsługa

Absolutna ekstraklasa. Tu nikomu nie trzeba tłumaczyć, że jeśli kobieta ma torebkę, to powinna ją mieć na czym powiesić (rzecz jasna torebkę, chociaż druga opcja też nie jest do pogardzenia). I że jak nakruszymy na stół (czego uniknąć nie sposób), to nie ma co czekać na gołębia, który te okruszki wydziobie. I o taksówkę na powrót także nie trzeba prosić. Po prostu klasa i odgadywanie potrzeb gościa, bez nachalnego narzucania się. Warto być tylko przygotowanym na końcu biesiady na pytanie co nam smakowało, a co nie.

Cena

Powiedzmy sobie szczerze: w tej kwestii możemy poczuć się odrobinę jak ministrowie, nawet jeśli w potrawach nie było ośmiorniczek. Jest nawet drożej niż u Amaro.

Wersja absolutnego minimum, czyli zestaw siedmiu dań bez alkoholi i żadnych innych napoi, kosztuje 300 zł od łebka. Zestaw alkoholi – 250 zł od łebka. Czyli zestaw: żarcie plus alkoholowa popita dla dwóch kosztuje 1.100 zł. W tej cenie miałem co prawda tylko pięć momentów u Amaro z alkoholem do każdego z nich, ale za to jeszcze dodatkowe dwa kieliszki wina, wodę i kawę.

Do tego należy doliczyć obligatoryjne 10% za serwis, przez plebs (w tym mnie) nazywany napiwkiem.

Aha, informacja dla sprzedawców wody na lotnisku Chopina w Warszawie, bezlitośnie łupiących pasażerów w strefie odlotów (dla zainteresowanych: http://www.3m3wolnosci.pl/wolny-rynek-nie-istnieje-przynajmniej-na-lotnisku-chopina-w-warszawie/). Półtoralitrowa butelka Cisowianki kosztuje w Senses 15 zł. Możecie więc śmiało jeszcze bardziej podnieść ceny, wasza woda jest przecież lepsza. A z pewnością bardziej mokra.

Podsumowanie

Kto lepszy, Senses lub Amaro? Nie potrafię odpowiedzieć. I tu, i tu jest nowoczesna, poszukująca kuchnia, ale mimo to knajpy są różne. Dlatego nawet jeśli ktoś zaliczył gwiazdkę p. Modesta, to warto, żeby zobaczył także tę samą, ale inną, w Senses.

Nebelwerfer

Komentarze

3 komentarze do “Restauracja Senses. Gwiazdka z nieba Michelina”
  1. kasta says:

    Podoba mi się…ten talerz po prawej stronie 😉 na dole zdjęcia…
    A za przesytem nie przepadam…- myślę, o efekcie z ,,zimnym węglem,,/chyba dwutlenek ?/

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      O efekt mgły podejrzewałbym raczej ciekły azot.

      1. kasta says:

        Kłócić się nie będę…a zamiast ,,zadymy,, – bardziej bym widziała tam tzw. lampkę z bryły soli kamiennej /na podgrzewacz/…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *