intro

Odejście gigantów



Seria zaczęła się pod koniec zeszłego roku. Umarli Lemmy, David Bowie, potem Prince.

Doskonały temat dla tzw. dziennikarzy, bo wiadomo, że nic tak nie zwraca uwagi mediów, jak śmierć artysty (w odwodzie ewentualnie pozostaje jeszcze krew i sperma). A więc pojawiły się w internetach i telewizjach zajawki na temat tego, jak wielką stratę poniósł świat muzyczny, że bez tych wielkich świat już nie będzie taki sam, a muzyka generalnie umarła i teraz pozostał tylko hip-hop itd.
Jednakże istotę tej lekkiej histerii (a w zasadzie totalnej egzaltacji, związanej z wielkością zmarłych muzyków, przy czym stopień egzaltacji był wprost proporcjonalny do ignorancji egzaltowanego dziennikarzyny (płci różnej, zresztą), ujęła pewna dziennikarka, zadając p. Romanowi Rogowieckiemu (też dziennikarzowi, zresztą i bez reszty) pytanie: a od jakich płyt Prince’a należy zacząć słuchanie jego muzyki? Pytała, bo nie wiedziała, a być może o istnieniu Prince’a dowiedziała się dopiero z informacji o jego śmierci.

No właśnie. Problem z tymi wielkimi polegał na tym, że w Polsce byli oni wielcy tylko w teorii. Bo gdyby chodziło o zespoły uznawane u nas za wielkie, dylematów, które płyty są najlepsze by nie było, bo wszyscy w Polsce wiedzą, że Led Zeppelin to „II” i „IV”, a Pink Floyd – „Dark Side of the Moon”. Więc, jeśli chodzi o Lemmy’ego, Bowie’ego i Prince’a, to owszem, słyszało się, że są wielcy i tyle. Ale tę lokalną wielkość szybko sprowadziła na ziemię próba organizacji koncertu Bowie’ego w latach 90. Próba nieudana, bo bilety się nie sprzedawały. A nie sprzedawały się nie dlatego, że były za drogie, tylko mało kto uznawał ten koncert za atrakcję wartą poświęcenia paru złotówek. Więc dziennikarskie płacze są zwykłą obłudą, bo mało kto z tych dziennikarzy naprawdę tej muzyki słuchał i próbował ją promować. To nie byli artyści porywający miliony nad Wisłą: ani do tańca, ani do płaczu, ani do wzruszeń.

Przykłady? Proszę bardzo. Hard rock (czy wczesny heavy metal) to nigdy nie była muzyka dla mas. Sorry, ale od ostrych kapel typu Anthrax, zawsze bardziej popularna była u nas Abba, czy Boney M. Dlatego Lemmy i jego Motörhead nie istnieli telewizjach przed 22.00, ani nie zawojowali list przebojów. Zadanie dla pań i panów dziennikarzy: wymień pięć utworów Motörhead innych niż „Ace of Spades” (dla muzycznych dziewic: ich najbardziej wśród gawiedzi znany kawałek i jednocześnie tytuł najbardziej wśród gawiedzi znanej płyty).

David Bowie: szczyt jego popularności w Polsce to lata ’80 i płyta „Let’s Dance” z kawałkiem tytułowym i „China Girl” (kto z szanownych Państwa wie, że to cover piosenki Iggy’ego Popa, podobnie zresztą jak „Tonight”?). I kolejne zadanie: wymień pięć piosenek Bowiego innych niż „Let’s Dance” i „China Girl”. Lub łatwiej: wymień tytuły trzech jego płyt, innych niż „Let’s Dance”.

Prince: znany z nie potrafiącej skończyć się nudy pt. „Purple Rain”, a także “Kiss” i “Most Beautiful Girl”. A ponieważ to kawałki z lat ’80, więc słuchają tego tylko nastolatki płci żeńskiej, zaniedbane i odrzucone przez rówieśników i czekające na księcia z bajki. I dopiero po jego śmierci dowiedzieliśmy się, że facet cały czas nagrywał, wydawał płyty i koncertował. A przy okazji wiele lat przed śmiercią popełnił medialne samobójstwo, nie pozwalając na zamieszczenie jego utworów na jutubie.

Niekończąca się nuda, czyli "Purple Rain"

Niekończąca się nuda, czyli „Purple Rain”

A teraz pytanie: czy ktokolwiek podjął trud promocji tych gigantów w narodzie? Przypomnienia genialnej „Warszawy” Bowie’ego, czy pokazania jego eksperymentalno – elektronicznej muzyki z okresu płyt „1.Outside”, „Earthling” i „Hours …”? Czy ktoś puścił genialny „Seven Years in Tibet” z „Earthling”, czy „I’m Deranged” z „1.Outside”, wykorzystany w ścieżce dźwiękowej do „Lost Highway” Davida Lyncha? Czy ktoś, poza wspomnieniem tytułu płyty, puszcza rewelacyjną „Black Star” – jego ostatnią płytę? Litościwie zmilczę, że i tak o tej płycie w tzw. mass mediach usłyszeliśmy po śmierci Bowie’ego. A dobrze się u nas sprzedaje dzięki tej śmierci właśnie.

Bo nie był to facet, który nagrał jeden wielki przebój i do końca życia katował nim coraz starszą publiczność. A takich wykonawców jest legion. Mam wymienić przykłady? Z czasów prehistorycznych np. Paul Anka i „Diana”, a z czasów nieco bliższych współczesnej cywilizacji choćby Deep Blue Something i „Breakfast at Tiffany’s”, czy Loreen i „Euphoria”. No, dobrze, żeby był też patriotyczny akcent: Weekend i „Ona tańczy dla mnie”.

Czy ktoś puszczał w radiu utwory Prince’a z okresu po „Diamonds and Pearls”? Albo odważył się przed północą puścić w ogólnopolskim radiu któryś kawałek Motörhead z płyty „Iron Fist”?

Iron-Fist

Dlatego udawane dziennikarskie płacze można podsumować wyłącznie cytatem z Tuwima:
„Błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa”

Nebelwerfer

Źródło ilustracji: wikipedia.

Komentarze

5 komentarzy do “Odejście gigantów”
  1. kasta says:

    Z tym tańcem…też jest niekiepsko …hi, hi 🙂

    1. kasta says:

      Uzupełnię…wg.swojego widzimisię…muzyka dzieli się na:
      1. harmonijną – wywołującą pozytywne nastawienie
      2. nieharmonijną – wyprowadzającą nas z równowagi
      i jej gatunek nie ma nic do rzeczy…
      Albo na… lekką lub ciężką pod względem osobistej przyswajalności w danym momencie naszego życia.

      W ten to sposób dokonałam niechybnie swojego wpisu na Twoim blogu… 😉

      1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

        A na jeszcze większym stopniu ogólności: muzyka dzieli się na taką, którą lubimy i na taką, której nie lubimy.
        Przy czym lubiana może być i harmonijna, i nieharmonijna. I w tym ostatnim zakresie polecam autobiografię Franka Zappy („Takim mnie nie znacie”) i jego kapitalne opowieści o jego młodzieńczym zetknięciu z muzyka atonalną.

        1. kasta says:

          Pewnie wiele osób zainteresuje info o tej pozycji…
          *
          Jeżeli coś lubimy, to nie wyprowadza nas z równowagi…a atonalność w przypadku swoistego stanu naszej psychiki może mieć również działanie lecznicze…/harmonizujące/
          Tak sobie myślę…

  2. kasta says:

    Hi, hi ….to oblekę w słowa fakt, iż jest różnica między czynnym a biernym fanem muzyki…

    Zaliczam się do biernych słuchaczy różnych kawałków…też starego i nie tylko hard metalowego rocka /zahaczającego o de-f /hi, hi/ – zapamiętanych tylko lub aż z racji wzięcia mnie w posiadanie. A że przy okazji rozpoznaję czy pamiętam wykonawcę – to już inna – raczej skąpa bajka.., którą zresztą zajmują się czynni pasjonaci /nie tylko zawodowo/.
    Sporo pamiętam, chociaż czasem tylko samo nazwisko z racji wymieniania go dawniej w mediach /szczególnie w radiu/ . 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *