intro

Kapelusz, moja miłość



Jestem ginącym gatunkiem kapelusznika. Czuję się trochę jak bohater „Alicji w krainie czarów”, tyle, że Alicji brak, a i czary niespecjalnie chcą działać. Pozostaje tylko i aż kapelusz. Stary przyjaciel.

Nieważne. Ważne, że jest to jedyne w pełni akceptowalne przeze mnie nakrycie głowy. Oczywiście mówimy o prawdziwym męskim kapeluszu, z główką i solidnym rondem. Najlepsza oczywiście jest klasyczna fedora, ale mam też kapelusz kowbojski z potężnym rondem i w sytuacjach nieformalnych często go noszę. Za kapelusz żadną miarą nie mogą być uznane pseudokapelusiki z mikroskopijnymi rondkami, często wykonane z jakiegoś plastiku i noszone przez małolatów słuchających hiphopu. Ani modne swego czasu kraciaste dziwolągi. Ani tym bardziej bawarskie wynalazki z piórkiem. Jak ktoś chce żłopać piwsko i jodłować, może to robić i bez kapelusza. I u faceta absolutnie nieakceptowalne są babskie wynalazki z mniej lub bardziej falującym rondem. Podobnie zresztą jak pończochy.

Powiedzmy sobie szczerze: nie broda czyni faceta

Powiedzmy sobie szczerze: nie broda czyni faceta. Taki kapelusz też nie

Jednak nie działa to w drugą stronę. Kobieta w fedorze potrafi wyglądać nieziemsko i superkobieco zarazem. Nie wiem, jak one to robią, bo wcale nie chodzi o to, że ładnej ładnie jest we wszystkim. Może rzecz w tym, że klasyczna fedora ma zaszyty w sobie pierwiastek ponadczasowego szyku, elegancji i nietuzinkowości i dzięki temu nawet przeciętna kobieta wygląda w niej fascynująco.

Trzeba uświadomić sobie jednak jedną rzecz: u facetów kapelusz elegancki w typie fedory jest przypisany do płaszcza lub garnituru. A już absolutne minimum to marynarka. Facet zakładający parkę lub budrysówkę i kapelusz wygląda żałośnie, jak własna karykatura. Ewentualnie jak nawalony imprezowicz, łapiący każdy element garderoby, jaki był pod ręką, bo głupio wyjść na ulicę w samej bieliźnie. A więc miłość kapelusznicza wymusza pewne zachowania modowe. I tak lepsze to niż paradowanie zimą w szpilkach, co jest sportem ekstremalnym, uprawianym przez niektóre kobiety.

Nieco inaczej jest z kapeluszami stricte letnimi, jak panama (nawet jeżeli są w fasonie fedory), i casualowymi: tu można sobie pozwolić na większy luz. W końcu z wyjątkiem Chucka Norrisa nikt latem w płaszczu nie biega. Ale większy luz nie oznacza luzu całkowitego. Japonki, siatkowy t-shirt na ramiączka i szorty, połączone z panamą nie wyglądają dobrze.

Plusy chodzenia w kapeluszu:

Lans.

W zasadzie na tym punkcie można by skończyć. Znajdźcie w promieniu paru kilometrów innego faceta w kapeluszu. Facet w kapeluszu jest tak rzadkim zjawiskiem, że zawsze będzie zwracał uwagę. Czasami nie jest to uwaga przychylna (patrz: minusy), ale nieważne, co mówią, byleby mówili. Ludzie nie zauważą garnituru z wełny super 130’s, nie odróżnią krawata z jedwabiu od poliestrowego sztucznielca, a kapelusz od razu rzuca się w oczy. Efekt wyróżnienia jest natychmiastowy. Nie trzeba chodzić w dżinsach podartych na dupie, albo we fluorescencyjnej koszuli.

Elegancja.

Znajdźcie bardziej eleganckie męskie nakrycie głowy. Cylinder się nie liczy, bo to też pochodna kapelusza. No więc, szczerze, jak zwykle: nie ma bardziej eleganckiego nakrycia męskiej głowy. Kto nie wierzy, niech popatrzy na zdjęcie, na którym stoją obok siebie prezydent Niemiec w kapeluszu i prezydent Polski w oprychówce. Łatwo wtedy przekona się, kto wygląda jak prezydent, a kto jak sołtys w Wygwizdowie Górnym, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Sołtysa, rzecz jasna.

Sołtys, jaki jest, każdy widzi

Sołtys, jaki jest, każdy widzi

Praktyczność.

Ludzie nie wymyślili kapeluszy dla fantazji, ale z potrzeby. Kapelusz jest idealny na niekorzystne warunki atmosferyczne. Chroni przed deszczem, a szerokie rondo powoduje, że deszcz nie leci nam w oczy. Chroni przed wiatrem: wystarczy pochylić głowę, żeby wiatr dokuczliwie w te same oczy nie dmuchał. Bardzo skutecznie chroni głowę przed zimnem (oczywiście nie mówię tu o kapeluszach letnich). Poza tym, wbrew pozorom, sprawdza się także zimą: pod rondem wytwarza się rodzaj ciepłej poduszki powietrznej, powodującej, że lekki mróz wcale w uszy nie szczypie. Kapelusze letnie są przewiewne i świetnie chronią przed słońcem. Ma to znaczenie zwłaszcza dla łysych. Autorowi co prawda łysina jeszcze nie świeci, ale zauważa ten problem.

Odcięcie.

Kapelusz umożliwia odcięcie się od świat. Małe rondo – małe odcięcie, duże rondo – duże. Wystarczy lekkie pochylenie głowy (jak w osłonie przed wiatrem w oczy) i nasze pole widzenia zostaje ograniczone. Ale chodzi bardziej o drugą stronę tego zjawiska – rondo jednocześnie zasłania nam twarz, a efekt ten można jeszcze spotęgować wywinięciem ronda w dół. W rezultacie, znaczącą zmniejsza się ilość osób, które mogą nas poznać i zawracać gitarę swoimi superważnymi sprawami, które my mamy głęboko w końcowym odcinku układu pokarmowego. Zmniejsza się także ilość osób, na które z istotnych powodów nie chcemy się natknąć. W przypadku wszystkich eks-, niechęć do spotkania jest zazwyczaj obustronna, dlatego nasze działanie pozwala na zgrabne uniknięcie krepujących spotkań i dylematów typu: przywitać się, olać, czy kazać spadać na bambus? Jest to więc idealne rozwiązanie dla wszelkiej maści samotników. Choć z drugiej strony osobników w kapeluszach jest na tyle niewielu, że stale chodząc w kapeluszu będziemy podejrzewani o to, że pod rondem kryjemy się właśnie my.

Miękkie kolana kobiet.

Ale tylko kobiet. Kolana facetów mamy tam, skąd wyrastają kończyny z kolanami. Każdej kobiecie, której ukłonił się kapelusznik, zamaszyście zdejmując kapelusz z łba, muszą lekko zmięknąć kolanka. W końcu to wyraz szacunku, który jest bardzo rzadko spotykany. Nie działa to tylko na feministki, ale powiedzmy sobie szczerze: zaliczenie ich do kategorii kobiet jest sporym nadużyciem. I czy aby na pewno zasługują one na szacunek? A jeśli nawet cudem załapią się do kategorii kobiet, to jakiemu facetowi zależałoby na miękkich kolankach feministek? Są pewne nieprzekraczalne granice dowcipu.

Nienaruszalność fryzury.

Cecha dla faceta najmniej ważna. W końcu prawdziwy facet nie nosi fryzury, ani nie chodzi do stylisty włosów, a ma mniej lub bardziej przystrzyżone kudły, które najlepiej czesze się jednym ruchem dłoni z rozcapierzonymi palcami. Wszelkie żele, żelki i inne glutki (nawet super naturalne, bo pochodzące z własnego nosa), pianki i inne wynalazki są dobre dla gnojków zapatrzonych w Justynę Bieber lub inną dziewczynkę. Podobnie jak fryzury, nad którymi fryzjer (sorry: stylista włosów) spędza więcej czasów niż nad baleyagem, a które już następnego dnia są w stanie rozpadu. Ale jeżeli pomimo wszystko takie dziewczę płci niestety męskiej zastanawia się, czy założyć kapelusz, to powinno wiedzieć, że wpływ kapelusza na włosy jest minimalny i ogranicza się do otoku i samego czubka głowy. Kapelusz nie masakruje cudów fryzjerstwa tak, jak zrobiłaby popularna czapka typu beanie. W końcu kapelusz, w przeciwieństwie do czapki, jest rodzaju męskiego.

Kobieta w klasą. Kapelusz jest tu tylko wisienką na o=trocie. Wątpię, żeby można było znaleźć zdjęcia tej Pani z dziubkiem.

Kobieta z klasą. Kapelusz jest tu tylko wisienką na torcie. Wątpię, żeby można było znaleźć samojebki tej Pani z dziubkiem.

Minusy chodzenia w kapeluszu:

Zauważalność.

Ciemna strona lansu w plusach. Często plebs uznaje chodzenie w kapeluszu za śmieszne, bo „w kapeluszach chodzą tylko kowboje”. Głupoty takich tekstów nawet nie warto komentować. Trzeba być konsekwentnym i ignorować durne okrzyki: „Patrzcie, kowboj!”, „Sherlock Holmes!”, „Inspektor Gadget!” (to z dzisiaj). Naprawdę zależy Wam na opinii trzypaskowych dresiarzy? Jeśli tak, to rozpocznijcie z nimi ciekawą dyskusję modową i zapytajcie, czy w poliestrowym dresie nie przegrzali jaj.

Łatwość utraty.

Kapelusz może zostać porwany przez wiatr, gdyż nie siedzi na głowie tak mocno, jak włóczkowa czapka (chyba, że jest solidnie przybity gwoździem). Dlatego czy wiatr jest z przodu, czy z tyłu, trzeba tak pochylać głowę, żeby wiatr wiał na górną część ronda, dociskając kapelusz do głowy. Z czasem robi się to instynktownie.

Dostępność.

Tu może być problem. Są dwie polskie firmy, produkujące solidne męskie kapelusze i mające siedzibę w Skoczowie. Obie mają strony internetowe, ale na stronie jednej z nich przyjęto tak idiotyczny system oznaczania kolorów, że nic z niego nie wynika – zamiast opisów kolorów są kody plus teoretycznie zdjęcia próbników z kolorami, które mają te kody wyjaśniać. Problem w tym, że często nie sposób ustalić w ten sposób koloru, a ponadto nie wszystkie kody przypisane są do próbników. W dodatku jakikolwiek kontakt telefoniczny lub e-mailowy z tą firmą nie jest możliwy. Czyli jak za króla ćwieczka. Pozostaje ewentualnie druga firma i tu już jest zdecydowanie lepiej. U nich przynajmniej popielaty jest popielatym, a nie DFC1345H.

Problem podstawowy jest w tym, że w bardzo niewielu sklepach można kapeluszy dotknąć lub przymierzyć. A możliwość „żywej” przymiarki ma duże znaczenie zwłaszcza dla początkujących kapeluszników. Na szczęście rozwiązaniem jest zakup internetowy (nie musi to być sklep polski, dobre kapelusze poza Anglikami produkują np. Czesi) i możliwość zwrotu towaru – przy takim zakupie ryzykujemy jedynie koniecznością poniesienia kosztów przesyłki.

Nebelwerfer

I co z tego, że z petem? Ważne, że w kapeluszu

I co z tego, że z petem? Ważne, że w kapeluszu

P.S. Źródło zdjęć w tekście: www.thesartorialist.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *