intro

Jak przetrwać w dżungli



Powiedzmy sobie szczerze: dżungla nie jest miejscem, z którym ma do czynienia na co dzień przeciętny Polak. Dlatego warto z czystej ciekowości do dżungli się wybrać. I przekonać się, dlaczego, u licha, na amerykańskich filmach o wojnie wietnamskiej, biedni marines są tak potwornie spoceni 🙂

Garść poniższych rad nie dotyczy oczywiście szkoły przetrwania, ale oparta jest na spacerze (nie śmiem użyć słowa trekking) po Parku Narodowym Khao Sok w Tajlandii. Czyli jest to dżungla w wersji light. Jak nam spodoba się wersja light, możemy spróbować wersji hard i wybrać się na wyprawę bez żadnego ekwipunku, poza bokserkami.

Po co w ogóle się przygotowywać?

No właśnie, po co?
Park narodowy, to park narodowy, ścieżki jak autostrady, można śmigać w tę i z powrotem. Japonki na nogi, tiszercik i naprzód! W końcu Orlą Perć też zrobiliśmy ze szwagrem „z marszu”, w dodatku na lekkiej bani.

Jednak w tym przypadku, odrobina przygotowania jest bardzo przydatna (w sumie w przypadku Orlej Perci też).

Po pierwsze: szlaki są dobrze oznaczone, to prawda, a na obrzeżach nawet szerokie na kilka metrów. Prawdopodobieństwo zgubienia się nie jest więc duże. Ale głębiej w dżungli może nie być żadnej infrastruktury turystycznej. Czyli można zapomnieć o schroniskach, w których z utęsknieniem czeka na nas piwo z lodu.

Po drugie: zapomnijcie o komórkach. To nie są Tatry, w których z każdego miejsca można zadzwonić po TOPR. Pół godziny spacerku i zasięg komórek wszelkich zdycha skutecznie i nieodwołalnie. I srajfonem lub szajsungiem można co najwyżej z lubością rozgniatać wszechobecne pijawki. Więc w przypadku, gdyby coś się stało (np. ktoś skręci nogę, albo skaleczy stopę, bo jak idiota idzie w klapkach), to nie ma szansy na szybkie wezwanie pomocy.

Zresztą przy wejściach do parku są listy, na które należy się wpisać wchodząc i wychodząc – co już o czymś świadczy. Może więc być tak, że więcej osób wejdzie, niż wyjdzie, czego nikomu nie życzę. Ale czujnym być warto.

Takie „autostrady” to wyjątek, a nie reguła …

Dżungla

Jak na to nie patrzeć, w dżungli podstawowym problemem jest dżungla i z tym problemem należy się liczyć. Bo dżungla jest jak wyżymaczka i razem z potem wyciska siły witalne. Co wiąże się z wysoką temperaturą w połączeniu z wysoką wilgotnością powietrza. W efekcie, nawet marsz po płaskim terenie w takich warunkach nie jest łatwy. A w dżungli nie jest płasko. Oczywiście, alpinistyczne wyczyny nam nie grożą, ale marsz góra – dół – jak najbardziej. Do tego dochodzi wszelkie paskudztwo pełzające, latające i spadające z drzew, brak wody pitnej (jesteśmy skazani na to, co zabraliśmy) i może być niewesoło. I należy zapomnieć o lekkim, chłodzącym wiaterku – tam powietrze po prostu stoi. Prawie jak drużba na weselu.

… i najczęściej mamy coś takiego. Lub coś takiego, jak na zdjęciu tytułowym

Ubranie

Zacznijmy od dołu. W gorącym klimacie, najlepsze są buty najlepiej wentylowane, czyli klapeczki lub sandałeczki. Tylko że w dżungli, poza wentylacją ważna jest ochrona przez wszelkim paskudztwem, w które możemy wejść lub które może nam na niechronione stopy wskoczyć lub spaść. Poza tym nie idziemy terenem odrobinę trudniejszym niż plaża lub wyasfaltowana droga do najbliższego baru. A więc obuwie wyłącznie zakryte – i nie ma zmiłuj. Nie muszą to być oczywiście super buty trekkingowe z najnowszą odmianą goreteksowej membrany – wystarczą zwykłe buty typu „adidas”.

Dalej skarpety: niby drobiazg, ale lepiej je mieć, gdyż ochronią przed otarciami. I lepiej, żeby to nie były popularne sportowe stopki, ale skarpety pełnowymiarowe. Dlaczego? O tym niżej.

Spodnie: wiadomo, że w szortach najchłodniej (a jeszcze chłodniej nago), ale zdecydowanie powinny to być spodnie z długimi nogawkami. I te nogawki najlepiej wsunąć w skarpety, zabezpieczając się przed dostaniem się czegoś pod spodnie od dołu. I dlatego lepsze są normalne skarpety, bo w stopki, spodni wepchnąć się nie da.

Największym problemem dla mnie były pijawki – teoretycznie spadające z drzew, ale pojawiające się we wszelkich możliwych miejscach. Ukąszeń pijawek nie czuć (bo skubańce mają jakiś środek znieczulający), ale zostają po nich krwawiące ranki. Jedna potrafiła opić się moją krwią przez skarpetę. I dlatego moim zdaniem lepiej, żeby spodnie nie przylegały do ciała, ale były możliwie jak najluźniejsze (szerokie lniane mogą być dobrym rozwiązaniem), bo nawet jeśli pijawka wczepi się w tkaninę, to nie dostanie się do ciała. Dlatego uważam, że kiepskim pomysłem są sugerowane przez niektórych legginsy (a w zasadzie niektóre: facet w legginsach przestaje być facetem), bo opinają nogi, a sam materiał dla pijawki nie stanowi przeszkody. Poza tym legginsy są ze streczem, więc jest to dodatkowa, sztuczna, nie pozwalająca oddychać skórze, warstwa.

Koszulka: teoretycznie najlepsza z długim rękawem (precz z pijawkami!), ale krótki rękaw też jest ok, gdyż ręce mamy najbardziej na widoku i dość szybko jesteśmy w stanie zauważyć, że coś nas ucapiło lub ssie naszą krwawicę (nie dotyczy to, rzecz jasna urzędu skarbowego). Jeśli zdecydujemy się na długi rękaw, to ze względu na parowanie ciała najlepszy jest len lub kupiona na miejscu tajska koszula z cieniutkiej jak gaza bawełny. Nie kosztuje wiele, w tym klimacie jest rewelacyjna – nie tylko do dżungli.

Wyposażenie

Oczywiście, dżentelmeni noszą w łapkach wyłącznie skórzane torby, ale na wyprawę do dżungli warto jednak zrobić wyjątek od tej zasady i zabrać plecak. A w nim, nieco wyposażenia, czyli:

Woda – tyle, ile sensownie da się zabrać. Absolutne minimum moim zdaniem to ok. 1,5 – 2 litry na łebka na kilkugodzinny spacer. Wiele zależy przy tym od stopnia potliwości i łaknienia danej osoby. Alternatywą zabierania ogromnej ilości wody może być zabranie turystycznego filtra do wody, typu np. Life Straw. Ale tylko w przypadku, gdy będziemy mieli pewność że jakieś źródło wody spotkamy (czyli, że np. po drodze jest rzeka lub wodospad). I sam filtr nie może zastąpić całego zapasu wody: nawet więc pomimo zabrania filtra, warto flaszkę z wodą mieć.

Źródło wody. Dla posiadaczy filtrów. Ewentualnie matołków lub desperatów. Co na jedno wychodzi.

Batony i inne energetyczne kopniaki. Skoro dżungla wyżyma z sił, to trzeba jakieś wspomagacze zastosować. Czyli olać wszelkie zasady dietetyki i wrąbać solidną dawkę cukru, dającą porządnego kopa. A sadło i tak wypocimy.

Apteczka – szumnie może nazwana, ale warto mieć duży zapas plastrów na ukąszenia choćby pijawek (bo nawet najlepiej zabezpieczeni, raczej ich nie unikniemy) i wodę utlenioną do przemywania ranek. Jeśli ktoś ma kłopoty z krzepliwością krwi (czyli z byle ranki krwawi jak zarzynane prosię), to dobrym i sprawdzonym rozwiązaniem są podpaski (zarówno dla pań, jak i panów), bo w końcu wymyślono je, żeby wchłaniały krew, i papierowe plastry do ich przymocowania. Na otarcia lub drobne skaleczenia super wynalazkiem jest Akutol – to taki czeski wynalazek w aerozolu, który pokrywa ranę cienką, odkażającą, elastyczną warstwą. Która w dodatku jest wodoodporna. Na coś takiego nie trzeba już przykładać opatrunku. Tylko należy pamiętać, że nie można go stosować na krwawiące rany – najpierw trzeba zatamować krwawienie.

Deszcz. A w zasadzie coś antydeszczowego. Bo tropikalnego deszczu w Tajlandii można spodziewać się w każdej chwili – nawet poza porą nazwaną deszczową. Nie bez kozery wyposażeniem pokoi hotelowych są parasole. A deszcz potrafi solidnie lunąć tak, że po 10 minutach jesteśmy mokrzy od stóp do głów. Dlatego należy się mocno zastanowić, czy zabierać coś przeciwdeszczowego, nawet jeżeli mamy superkurtkę z najlepszą membraną. Bo w takim klimacie ciało może nam parować tak, że nawet membrana z paroprzepuszczalnością rzędu 20 000 g/m2 może nie dać rady i będziemy mokrzy od środka. A z drugiej strony może lać tak, że i wodoszczelność będzie wodoszczelna tylko z nazwy. Kompletnie nie polecam wszelkich płaszczyków przeciwdeszczowych typu „sama folia”, bo w czymś takim pływamy po 5 minutach we własnym pocie. Dlatego moim zdaniem najlepiej nie brać nic. Gwarantuję, że po 10 minutach w ulewnym deszczu, kiedy przemoknie na nas wszystko, będziemy tylko się cieszyć z miłego ochłodzenia.
I warto tylko zabrać kilka torebek foliowych (z tej, czy innej Biedry), wpakować do nich tę część naszego dobytku, która powinna pozostać sucha (czyli np. zapasowe ciuchy, mniej wodoodporne zegarki, czy komórki, dokumenty, albo wymienione wyżej plastry) i włożyć do plecaka. Teoretycznie dobrym rozwiązaniem są pokrowce przeciwdeszczowe na plecaki, tyle tylko, że nie chronią plecaka od strony naszych – nomen omen – pleców.

Nebelwerfer

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *