intro

Jak nie dostać napiwku. Krótki poradnik



Jakiś czas temu popełniłem tekst o zasadach dawania napiwku. Wyraziłem w nim pogląd, że dawanie napiwku nie jest przymusem i powinno być uzasadnione ogólnym zadowoleniem z pobytu w knajpie.

Zainteresowanych odsyłam tu:

http://www.3m3wolnosci.pl/wspolczesny-savoir-vivre-napiwek-dawac-czy-nie-dawac/

Moje poglądy na kwestie napiwkowe zdecydowanie ewoluowały. W dawnych (niekoniecznie dobrych) czasach, dawanie napiwku uznawałem za obowiązek – w końcu mało kto chce wyjść na kutwę i wieśniaka, który nie docenia trudu kelnera (kelnerki), w pocie czoła pracującego za grosze.

Ale obecnie taką postawę (klienta, oczywiście, a nie pocącego się kelnera/kelnerki), uważam za zdecydowanie nieprawidłową. Mało tego: szkodliwą. Wpajającą kelnerom złe nawyki i upewniającą ich, że nawet przy zerowych staraniach o zadowolenie klienta, napiwek i tak się należy. No way! Dlatego obecnie pobyt w knajpie oceniam i zgodnie z wynikami tej oceny zostawiam napiwek lub nie. Nie wygląda to dla braci kelnerskiej (płci obojga) dobrze. Coraz mniej jest przypadków, kiedy zostawiam napiwek, a czasami nawet jeśli zostawię, to jest raczej symboliczny i nie zbliża się do nieśmiertelnych 10%. Zresztą w tym ostatnim przypadku zazwyczaj mam wyrzuty sumienia – nie, że zostawiłem za mało, ale że w ogóle cokolwiek. Zresztą, co dziwne: napiwek zazwyczaj kojarzony jest z jakością jedzenia, zgodnie z zasadą: nażarłem się porządnie i smacznie – daję, nie nażarłem się, albo żarcie było ohydne – nie daję. Tymczasem w moim przypadku coraz więcej jest sytuacji, gdy brak napiwku absolutnie nie jest związany z jedzeniem. Nie można więc zwalić winy na kucharza. Kelnerki, kelnerzy: wina jest wyłącznie po waszej stronie.

Poniżej krótki poradnik, jak niewielkim wysiłkiem nie dostać napiwku.

Niewidzialność

Pospolicie zwana olewką. Podstawowy i coraz częściej spotykany grzech kelnerstwa. Klient wchodzi do knajpy i nikt się nim nie interesuje. Tak jakby nie istniał. Prawie jak niewidzialny król z baśni Andersena. I nie znajdzie się dziecko, które tego rzekomo niewidzialnego dostrzeże. Mógłby się odlać (dosłownie) w kącie, a reakcji i tak by nie było. Nikt nie wita, nie podaje karty, a jeśli już jakiś łaskawca rzuci nam menu, to i tak trzeba czekać prawie jak na Godota, aby ktoś w swej łaskawości wejrzał na nas, maluczkich, i raczył przyjąć zamówienie. Potem już wszystko w rękach kucharza, choć i tak zdarza się, że dania są chłodne, bo ktoś miał ważniejsze sprawy niż taszczenie talerzy. W takiej sytuacji najlepsza jest zasada retorsji, jak mawiają prawnicy od prawa międzynarodowego publicznego. Czyli jeśli ktoś ma nas „tam”, to my też „tam” go mamy.

Dlatego dobrze jest wyznaczyć limit czasowy: 5, 10 minut, i jeśli w tym czasie nikt się nami nie zainteresuje, zmienić knajpę, nawet gdyby kelner padł przed nami jak Rejtan, posypał głowę różową solą himalajską i objawiła się przed nami miss świata, chcąc nam pokazać swe boskie cycki. Zasady to zasady. A cycki i tak obwisną.

Przecież nie będę obsługiwał pustego ubrania!

Przecież nie będę obsługiwał pustego ubrania!

Lepsi – gorsi

Chodzi oczywiście o klientów, bo wszyscy kelnerzy są najlepsi. Są klienci uznawani za lepszych, ale jest też i gorszy sort, traktowany jak najgorsze barachło, do którego podchodzi się w ostatniej kolejności. Niektórym kelnerom wydaje się, że opanowali cudowną sztukę błyskawicznej oceny ludzi. Oceny oczywiście pod kątem wysokości potencjalnego napiwku. Kto w wyniku selekcji uznany zostanie za klienta rokującego, jest traktowany z użyciem od tygodnia zbieranego zapasu wazeliniarstwa. Reszta: na odwal się. Rzecz w tym, że nie zawsze osoby zamożne lub bardzo zamożne mają chęć obnoszenia się ze swoim bogactwem. I nie zawsze zamożność da się ocenić po wyglądzie. Jeśli jest inaczej, to małe zadanie: proszę w 5 sekund ocenić, czy buty na nogach dżentelmena to Crockett&Jones za 2.500 zł, czy „no name” z tzw. „ekoskórki” za 200 zł? Lub czy garnitur jest szyty na miarę z wełny Super 130’s z lekkim dodatkiem moheru i kosztował 10.000 zł, czy efekt połysku wynika nie z moheru, ale z 50% poliestru w składzie, a sam garnitur kosztował 500 zł? I proszę popatrzyć na ceny ukochanych przez wszystkich chcących być „trendy” butów New Balance, żeby stwierdzić, że nie jest to obuwie dla finansowej elity. A bądźmy szczerzy: dla żadnej elity.

Patrzcie gnoje, jaki jestem mądry

Wywyższanie się nigdy nie jest dobre, ale w kelnerskiej profesji prostą drogą zmierza do braku napiwku. Nawet jeśli klientów uznajemy za idiotów, to nie warto o tym mówić. Co najwyżej poplotkować z kolegami, byle nie w czasie pracy. W kwestii beznadziejnych klientów, dla których i tak się pracuje, dużo do powiedzenia mają prawnicy.
Nikt nie lubi być traktowany z góry, bo nawet do tępaka o skórze nosorożca może dotrzeć, że ktoś go tu zdecydowanie traktuje jak zepsute powietrze. A klient głosuje albo nogami, albo portfelem.
I zawsze można się pomylić. Bo Modżajto w ustach klienta nie musi być tekstem tępego lansera, ale żartem. A prośba o drinka Michael Collins zamiast Tom Collins może tylko wskazywać, że ktoś lepiej od kelnera zna historię Irlandii.

Jestem tu tylko na chwilę

Sytuacja poniekąd odwrotna od opisanej wyżej. Prezentują ją przede wszyscy kelnerscy dorabiacze z doskoku, często w trakcie wakacji. Czyli w końcowym odcinku układu pokarmowego mający wszystko, co dotyczy knajpy, bo za dwa tygodnie i tak ich tu nie będzie. Od takich bystrzaków nie sposób się dowiedzieć, jakiej wielkości jest porcja żeberek, jaki jest sos do kurczaka (bo informacji w karcie brak), czy jak długo trzeba czekać na paellę. Jeśli z kolei jakiegoś dania brak (co w zasadzie nie powinno mieć miejsca), to od naszego mistrza tacy dowiemy się od tym po 20 minutach, kiedy ta smutna prawda dotrze do niego z kuchni.

Dobrze się bawimy, my, kelnerzy

Jest to jeden z przejawów olewki: grupa kelnerów rozmawiających ze sobą i świetnie się razem bawiących. I jakoś nikt nie zauważa, że do spaghetti nie podano nam łyżki. Albo że chcielibyśmy jednak zamówić dodatkowego drinka. Taka sytuacja jest szczególnie drażniąca, gdy obsady kelnerskiej jest więcej niż klientów. Cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze, a wśród priorytetów na pierwszym miejscu bywają kelnerskie ploteczki. Tylko w takim przypadku, wśród priorytetów klienta, napiwek bywa na miejscu ostatnim.

Święta rezerwacja

Wchodzimy do knajpy, rezerwacji nie zrobiliśmy, ale podoba nam się stolik w kącie. Niestety, zarezerwowany. Trudno. Siedzimy przy tym gorszym: zupa, główne, deser, drinki (żelazna zasada: im więcej deseru, tym mniej drinków i na odwrót, inaczej grozi nam dywanowy nalot na Rygę). Mija godzina, dwie. I nic. Do magicznie zarezerwowanego stolika nikt nie przychodzi. Taka sytuacja wkurza. Czy tak trudno powiedzieć, że rezerwacja jest od 20.00 i jeśli chcemy tam usiąść, to mamy 1,5 h na żarcie? Skoro tak trudno, to i po napiwek trudno sięgnąć. Life is brutal.

Nic się nie stało, Polacy

Czyli chowanie głowy w piasek. Nie ma osób nieomylnych. Nie ma osób nie popełniających błędów. Ale niestety są osoby, które takie błędy próbują zignorować lub udawać, że nic się stało. A to już jest wkurzające i rzutuje na napiwek (a w zasadzie jego brak).
Bo zawsze może zdarzyć się wtopa: a to kucharz spieprzył sprawę i polędwiczki cielęce wylądowały w koszu, a to rzucił fartuchem i stwierdził, że chrzani tę robotę, bo w Londonistanie dostanie pięć razy tyle, a to kucharze są niedoświadczeni i po prostu się nie wyrabiają, a to kelner zapomniał o zamówionej sałatce lub nieopatrznie wywalił ja na podłogę.

Zawsze wtedy lepiej przyjść do klienta i uprzedzić go o opóźnieniu, niż udawać, że godzinne oczekiwanie na żarcie jest absolutnie o.k. Naprawdę, lepiej wybuch klienta próbować załagodzić w zarodku (a nie miejmy złudzeń – przy zbyt długim oczekiwaniu na jedzenie pojawi się on zawsze – wybuch, rzecz jasna) niż czekać na uzasadniony opieprz, deklarację braku powrotu do knajpy i brak napiwku. Klient uprzedzony o kłopotach ma zdecydowanie łagodniejsze reakcje. Czuje się doceniony i traktowany uczciwie. Może powie: „to ja w takim razie dziękuję” i wyjdzie, a może nie. Ale w przypadku ściemy, zdecydowanie większe jest prawdopodobieństwo, że wyjdzie i nie wróci.

Chodząca kostka lodu

Warto wyjść poza schemat robota. Uśmiechnąć się lub zagadnąć do klienta, nie przekraczając niewidzialnej granicy dobrego smaku. Napiwki chętniej daje się osobom, które mają osobowość (co za figura stylistyczna!) i które zapamiętujemy, co procentuje np. przy następnej wizycie. Do dziś pamiętam kelnerkę z nieistniejącej już włoskiej knajpy w centrum handlowym Blue City w Warszawie, która robiła wszystko z gracją, ale na mocno zwolnionych obrotach. Jakby nie do końca się obudziła. Ale było to coś oryginalnego.
Zdecydowanie mniej chętnie sypie się groszem bryłom lodu: nudnym jak czytanka w podstawówce, poprawnym i ekscytującym jak parkometr. Czy ktoś zostawił napiwek w parkometrze? Ja z pewnością nie. Takie bryły najlepiej byłoby wrzucić do whisky (o ile ktoś lubi śmierdzące wódki), bo jaki inny może być z nich pożytek?

Wnioski?
Niewesołe.
Potwierdza się stara prawda, że w każdym zawodzie (nawet tak przejściowym, jak kelnerowanie – a dla większości kelnerów tak właśnie jest), trzeba mieć minimum umiejętności, wyczucia i odrobinę się postarać. Pieniądze nie spadają z nieba i nikt nie zamierza płacić za nic. Mało tego: olewcze traktowanie klienta jest strzałem w stopę (lub w inną, równie bolesną część ciała), bo olany klient nie wróci. A minęły czasy, że konkurencji nie ma.

Nebelwerfer

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Jak nie dostać napiwku. Krótki poradnik”
  1. kasta says:

    Dodam, że mam osobiste doświadczenia z bycia kelnerką/ 6 lat temu/…
    Potwierdza się to co piszesz o osobowości….ale dotyczy to stwierdzenie ogólnie życia plus standard, że w każdym zawodzie, który wykonujemy trzeba coś od siebie dać…Jeżeli nie stać nas na to….to wiadomo do jakiej grupy ludzi można nas zaliczyć… 🙂 – to tak od dupy strony…o bogactwie wewnętrznym

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *