intro

Fargo – lepiej być wilkiem



Śnieg, mróz i totalne zadupie – witajcie w Minnesocie. W takiej scenerii dzieje się ten serial. Czyli nuda i totalna wiocha. Ci, którzy oglądali Fargo braci Coenów (film kinowy, 1,5 godziny żarcia popcornu i koniec), znają tę scenerię. Serial nawiązuje do tego filmu, wyjaśniając, co stało się z walizką pełną pieniędzy, w filmie zagrzebaną w śniegu przez Steve’a Buscemi’ego, zanim biedny Steve nie skończył w rozdrabniarce do drewna. Nota bene, obrazek z wystającymi z urządzenia stopami Steve’a – genialnie śmieszny. Ale tylko ten wątek nawiązuje do filmu. Serial można spokojnie obejrzeć nie znając filmu Coenów.

W związku z miejscem, w którym rozgrywa się serial, pojawiają się dwa pytania:

1) Z czego Ci ludzie się utrzymują? Poza policjantami i agentami ubezpieczeniowymi, mamy tam jeszcze przedsiębiorcę, właściciela sieci supermarketów, listonosza, właścicielkę motelu, dziwkę i właściciela knajpy. Ale powiedzmy sobie szczerze: może poza przedsiębiorcą niewiadomoco robiącym, przedstawiciel żadnej z tych profesji niczego nie wytwarza. Z samej wymiany usług, typu: danie dupy za doręczenie listu, społeczeństwo się nie utrzyma.
2) Dlaczego Ci ludzie tam żyją, zamiast przenieść się w bardziej przyjazne dla ludzi rejony? Gdzie jest cieplej i przyjemniej. Przyczyna pewnie jest równie niezgłębiona, jak pytanie, dlaczego ludzie żyją w Burkina Poland, zamiast przenieść się do krajów, które są dla ludzi. Bo jak wiadomo, Burkina Poland nie jest krajem nie tylko dla starych ludzi, ale w ogóle nie jest krajem dla ludzi.

Fargo to kolejny serial kryminalny z umiarkowaną ilością ludzkiego trupa, czyli nic nowego. Takich filmów i seriali powstały tysiące godzin.

A teraz podchwytliwe pytanie dla scenarzystów filmowych: czy da się nakręcić cokolwiek ciekawego w miejscu tak filmowo nudnym jak Minnesota? Gdzie króluje „śnieg jak łajno mamuta” (cytat za Jackiem Kaczmarskim). Bo swego czasu powstało coś nazwanego „Przystanek Alaska” (tytuł oryginału: „Northern Exposure”, brawo, Panie tłumaczu!), co wśród cierpiących na bezsenność osiągnęło status kultowy. Ale tylko wśród nich, bo usypiało szybko i skutecznie.

Czyli wszystko wskazuje na to, że Fargo to nudny, mało oryginalny serial, rozgrywający się na totalnym zadupiu, na którym nic się nie dzieje i aż dziw, że ktokolwiek zdecydował się coś takiego nakręcić.

Jednak nie do końca (bo zadupie jednak zadupiem pozostaje). Jest to serial oryginalny i wciągający, choć wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że powinno być inaczej.

Poza kapitalnym aktorstwem (genialny Billy Bob Thornton, kapitalny pokurcz grający wcześniej hobbita – kto ciekaw, niech sobie sprawdzi nazwisko), jest tam wiele dziwnych, pokręconych elementów, nadających kolorytu teoretycznie banalnej historyjce. A to katastrofa spowodowana padającymi z nieba rybami, a to para morderców, z których jeden jest głuchoniemy, a to przygłupi bracia – synowie jednej z bohaterek, licytujący się, który jest większym kretynem, a to niedopowiedziana historia o krwawej zbrodni, którą wspomina ojciec głównej bohaterki – były policjant, a to zepsuta pralka automatyczna, która nie jest zwykłym tylko rekwizytem, a wręcz przyczyną sprawczą całej krwawej historii. Takie odjechane elementy pojawiają się w serialach chyba od czasu Twin Peaks, więc w Fargo nikt ponownie koła nie wynalazł. Ale te elementy są oryginalne, serial nie jest przegięty i skierowany tylko do niezrównoważonych fanatyków i ogląda się go świetnie.

I genialna jest scena z efektami totalnej rozpierduchy, dokonanej przez Billego Boba Throntona, którą jedynie słychać – kamera przesuwa się wzdłuż zaciemnionych okien, przez które nic nie widać, ale słuchać, co się za tymi oknami dzieje – pole do popisu dla wyobraźni, brawa dla scenarzysty i reżysera.

Jak wspomniałem, ten serial dużo zawdzięcza Twin Peaks: życiowy pierdoła zabija żonę, jego brat ma magazyn broni w garażu, właściciel firmy transportowej chodzi do burdelu, jego żona tańczyła w klubie na rurze. Małe lub nieco większe grzeszki, kryjące się pod nudną, śnieżną scenerią, na zapyziałej prowincji.

Ale pytanie brzmi: o czym jest to serial (banalną odpowiedź, że o morderstwach litościwie pominę)?
O banalności zła?
O zbrodni i karze (nie mylić ze zbrodnią Ikara)?
O tym, że nawet na takim zadupiu jak Minnesota, gdzie niby nic się nie dzieje, są ludzie skrywający ciemne sprawy?
O tym, jak łatwo przejść na ciemną stronę mocy?
O tym, że zło jest bardziej atrakcyjne od dobra?
O tym, jak genialnym aktorem jest Billy Bob Thornton?
To ostatnie jest oczywiste co najmniej od czasu, gdy puszczał pawia pod knajpą, grając „złego” Mikołaja.

A może po prostu o tym, że dzięki zbrodni nawet pierdoła może odnieść życiowy sukces?

Pewnie o wszystkim po trochu.

Ale dla mnie to serial o wilku – samotniku, którego naturą jest zabijanie. I dowód na to, że jednak lepiej być wilkiem.

Pozornie niezrozumiała jest więc przyczyna, dla której wilk nie zabija głuchoniemego zabójcy – choć nie miałby najmniejszych trudności, żeby to zrobić (głuchoniemy leży przykuty kajdankami do szpitalnego łóżka). Ale tylko pozornie niezrozumiała. Jak przyznał sam wilk – nikt nie był tak blisko zabicia go. Wilk docenił innego wilka i jego kunszt.

Przy czym wilk jest na tyle inteligentny i nietuzinkowy, że mimowolnie mu kibicujemy. Podobnie jak Leonowi zawodowcowi z filmu Bessona.

Wilk nie ginie w walce. Wilka trzeba zabić podstępnie. Ginie więc jak większość wilków: najpierw złapany w sidła (dosłownie), a potem bezbronny, zostaje zastrzelony przez byłego policjanta – nieudacznika, który nawet nie próbuje go zatrzymać, tylko od razu zabija. Zostaje zabity przez kolesia, dla którego życie sprowadza się do oglądania głupawych teleturniejów w telewizji. Tak giną wilki. Dlaczego tak? Wilk zawsze wprowadza niepokój i dysonans w zadowolonym z siebie społeczeństwie. Trzyma się z dala, chodzi własnymi ścieżkami, ale zarazem jest cały czas obecny. Rzadko kto go widzi, ale zawsze obecny jest w umysłach ludzi jako potencjalne zagrożenie. Wilk jest więc elementem, który burzy zastaną tkankę społeczną. Jest wiecznym outsiderem, nigdy nie przystosowanym i zawsze groźnym. A więc trzeba go definitywnie wyeliminować, najlepiej wszelkimi dostępnymi środkami, olewając honorowe możliwości. I po załatwieniu sprawy wrócić do starych nawyków: spokoju, rutyny, nudnej pracy, tłustej żony, sadzania odwłoka na kanapie i chłonięcia telewizyjnych mądrości.

Czy wolicie być wilkiem, czy życiową pierdołą, nie umiejącą zagadać do fajnej laski z naprzeciwka?
Czy naprawdę chcecie zgnić na kanapie obok rudego wieloryba, oglądając durne teleturnieje?
Wybór należy do Was.
Ja już wybrałem.

Dla anty-hipsterów, którzy nie zamierzają imponować oglądaniem serialu bez polskich napisów, pyszne jest polskie tłumaczenie listy dialogowej, z tekstem: „Tępy jak ołówek z Castoramy” na czele.

Nebelwerfer

P.S. Powyższa bazgranina dotyczy pierwszego sezonu serialu.
P.P.S. Fotografia Billy’ego Boba Thorntona: Beatrice Murch from South America – cropped version of Billy Singing in his suit, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2756896

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *