intro

„Dziwny przypadek psa nocną porą”



W ramach bezskutecznych prób odchamienia udałem się do teatru. Niestety na sztukę, w której najciekawszy jest tytuł.

Jest to kolejna sztuka z cyklu: jak ciężko być upośledzonym, ale nawet upośledzony może odnieść sukces. Czyli w skrócie: nawet matołek może być zwycięzcą. Oczywiście, w dzisiejszych czasach nie jest właściwe określenie osoby cierpiącej na autyzm (a dokładnie zespół Aspergera) jako osoby upośledzonej, a tym bardziej matołka. Pewnie głównego bohatera powinno się nazwać osobą wybitnie uzdolnioną matematycznie, a nie upośledzoną psychicznie. Wszak trzeba podkreślać zalety, a nie wady. Czyli: samochód ma trzy sprawne koła, a nie: jedno to kapeć. Ale w starych, dobrych czasach, głównego bohatera określono by właśnie jako upośledzonego psychicznie (lub bardziej dosadnie). Bo nie dajcie się złapać sloganom reklamowym, że jest to sztuka o młodym outsiderze. Outsiderem to może być miłośnik Nirvany na osiedlu, na którym wszystkie małolaty słuchają hip-hopu. A tu główny bohater jest po prostu psychicznie mocno nie teges.

Ile można oglądać spektakli, przeczytać książek, czy obejrzeć filmów o bohaterach cierpiących na kolejne dolegliwości psychiczne i fizyczne? Pewnie z chorób nieopisanych przez pryzmat bohatera literackiego pozostał tylko koklusz. Naprawdę nie chce mi się słuchać denerwującej muzyki na skrzypce i klarnet, wwiercającej się w resztki mózgu i mającej ilustrować chaos w głowie bohatera. I nie chce mi się go oglądać, jak nerwowo biega i od czasu do czasu coś rysuje na podłodze. Albo jak próbuje dotrzeć do dworca kolejowego, nie rozumiejąc najprostszych informacji. Całkowicie wystarcza mi informacja, że istnieje taka choroba jak zespół Aspergera, współczuję tym, którzy na nią chorują, współczuję ich bliskim, ale naprawdę nie muszę jeszcze oglądać tej choroby „w akcji”.

I nie chce mi się oglądać pani grającej bankomat, której/któremu główny bohater wkłada kartę kredytową pod pachę, co powoduje fajne potrząsanie cyckami oraz oczywiście stosowny i zamierzony rechot publiczności. Wolałbym zobaczyć, jak wkłada tę kartę gdzie indziej, wtedy może i ja bym się obśmiał.

Niestety, całość wali banałem. Główny bohater oczywiście przezwycięża własną niedoskonałość, czyli mówiąc dawnym językiem: upośledzenie psychiczne, i po wielu perypetiach (ze spadnięciem na tory metra na czele) skutecznie dociera do matki w Londynie. A na końcu – celująco zdaje egzamin z matematyki. Czyli pełny happy end, kurtyna i brawa. Brakuje tylko sceny miłosnej z nauczycielką, zauroczoną niesamowitymi zdolnościami matematycznymi bohatera, przede wszystkim w zakresie wykazywania, że trójkąt jest trójkątem prostokątnym. Przy czym nie o ten fajny trójkącik chodzi, bo wtedy mogłoby być ciekawie.

Tylko coś fabuła przysłowiowej kupy kompletnie się nie trzyma, gdyż ta wielka londyńska wyprawa w zasadzie niczemu nie służy, a przede wszystkim mogłaby bohaterowi tylko zaszkodzić. Bohater ma bowiem zdawać ważny egzamin z matematyki, a rozgarnięta jak wiadomo co matka chciała doprowadzić do przełożenia tego tak wyczekiwanego egzaminu na kolejny rok. Czyli lepiej byłoby, gdyby bohater w ogóle nie wyruszał do stolicy, siedział na odwłoku i cierpliwie czekał na termin egzaminu. No, ale wtedy spektakl trwałby godzinę, a nie dwie i pół, w tym przerwa.

A wątek dziwnego przypadku psa wieczorową porą (sprowadzający się do przebicia tego psa widłami, co skutecznie uniemożliwia mu czynny udział w akcji sztuki) w zasadzie jest przydatny tylko do nadania sztuce intrygującego tytułu. Spokojnie można by z tego wątku zrezygnować, z korzyścią dla czasu trwania spektaklu, który oczywiście byłby krótszy. I zmienić tytuł na krótszy, to pozwoliłoby zaoszczędzić bezcenne ułamki sekund poświęcone na jego przeczytanie.

Podziwiam tylko Pana Krzysztofa Szczepanika, który grając głównego bohatera, w trakcie całego spektaklu przeszedł pewnie kilkanaście kilometrów.

Generalnie po spektaklu pozostaje we łbie rezonans po tych nieszczęsnych skrzypcach i klarnecie i przypomnienie rozdrganego i biegającego głównego bohatera. To wszystko. Trochę mało, jak na sztukę, która poruszać ma jakieś tam problemy.

I czy nie jest dziwne, że największe poruszenie wśród widowni wywołał żywy psiak, pojawiający się może na minutę, i wyglądający zdrowo i normalnie?

„Dziwny przypadek psa nocną porą.” Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena na Woli.

Nebelwerfer

Komentarze

2 komentarze do “„Dziwny przypadek psa nocną porą””
  1. Olfaktoria says:

    Cóż to takiego jest zespół Aspergra? 😛 #złośliwa

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      Nie złośliwa, tylko dokładna. Oko snajpera 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *