intro

Chcesz być blogerem? Bez zwierzaka ani rusz



Żeby zostać blogerem nie wystarczy mieć ajfona, ajpada i ajłocza (dla zmyły sprzedawanego pod nazwą Apple Watch) – nawet w najnowszej wersji, z maksymalną pamięcią i super obudową, ewentualnie paskiem (to ostatnie, jak na razie, dotyczy przede wszystkim zegarków). Nie wystarczą też wyćwiczone mięśnie twarzy do robienia niepowtarzalnych samojebek (a także przy ćwiczeniu tych mięśni trzeba uważać na zakwasy), albo mniej lub bardziej wyrafinowane filtry na insta. Jest jeszcze jeden niezbędny element blogowania i bynajmniej nie chodzi o posiadanie czegoś tak banalnego i pospolitego jak strona internetowa. Chodzi o zwierzę. Zwierzę sensu stricto. Nie liczą się obiekty, które gatunkowo nie są zwierzęciem, a jedynie takim zwierzęciem przejściowo się stają lub udają, że nimi są.
Czyli facet będący w sypialni prawdziwym zwierzęciem, a pozostający w tzw. związku z blogerką, absolutnie się nie liczy. To tylko podróba prawdziwego zwierzaka, na którą nikt nie powinien się złapać. Za zwierzę nie mogą zostać uznane także pewne części ciała, zwłaszcza u panów. Musi to być samodzielnie żyjący organizm, nie będący człowiekiem, ani rośliną.

Zwierzę jest absolutnie niezbędne, aby zostać blogerem z krwi i kości.
Ten wymóg powoduje, że blogerom (a przede wszystkim blogerkom) zdecydowanie bardzo blisko jest do czarownic (czule nazywanych wiedźmami), które, jak widomo, bez kota (ewentualnie kruka, czy innego pierzaściucha) obyć się nie mogły. Lub nadal nie mogą.

Blogerzy nie należą do sposób specjalnie rozgarniętych, więc pewnie nie słyszeli o starej aktorskiej zasadzie, że dziecko i zwierzę zawsze ukradnie film. Ukradnie film oczywiście dorosłemu aktorowi, bo w końcu co za aktor z takiego bachora. Ale taka kradzież filmu oznacza, że sam film będzie cieszył się popularnością. A nawet jeśli o tej zasadzie nie słyszeli, to usłyszeć powinni. Bo dziecko i zwierzę może nabić popularność bloga (czytaj: lajki, sesje i odsłony). A że o zwierzę zawsze jest łatwiej niż o dziecko i można je mieć od razu, więc wybór jest prosty.

Oczywiście, jako mało rozgarnięci, blogerzy nie zauważają, że powiedzenie o dziecku i zwierzęciu dotyczy przechwytywania popularności przez te dwie istoty. Więc może zdarzyć się, że utraciwszy swe zwierzę, bloger będzie goły i wesoły. Bo blog był bardziej blogiem zwierzaka niż blogera. I szlag trafi lajki. Nikt nie będzie chciał oglądać samotnych samojebek wrzucanych na insta, nawet strzelonych w kiblu i z odsłoniętym brzuchem. Ale póki jest zwierz i popularność, kto by się takimi niuansami przejmował. Może też być tak, że milusi szczeniaczek, powodujący nagły atak ślinianek u wszystkich bab (przekładający się na miliony lajków, of kors) wyrośnie na psa wyjątkowo paskudnego i wyglądającego na parchatego. Albo na mieszankę pitbula z owczarkiem kaukaskim, do której lepiej nie podchodzić z telefonem w celu strzelenia foty, a strzelać najlepiej z czego innego, przy czym wcale nie na końcu są wszelkie spluwy co najmniej o kalibrze nazywanym przez Amerykanów .44, czyli po naszemu 11,43 mm.

Tak, czy siak zwierzę to warunek podstawowy do sławy i popularności.
Ale rzecz wcale nie jest prosta. Musi do być zwierzę odpowiednie i medialne. Miłośnik pierwotniaków, wrzucający mikroskopowe zdjęcia pantofelka lub ameby, hodowanej we własnej wątrobie, nie ma co liczyć na ekstatyczny odbiór gawiedzi. Podobnie nie sprawdzą się patyczaki, a szczury, myszy i karaluchy spowodują pytania o brud i zapuszczenie, zamiast zachwytu.

Przy pomocy takiego „ulubieńca” kariery się nie zrobi. Chyba, że prowadząc bloga o odchudzaniu

Tak więc zwierzę sprzedaje się rewelacyjnie. Odpowiednio sfotografowany pies lub kot zawsze zainteresuje płeć piękną, bo przecież jest taki miło kudłaty i słitaśny. A jeszcze jeśli jest szczeniakiem, to już wszystkie czytelniczki/oglądaczki orbitują w chmurach. Ewentualnie zrobią pokazowy sik. Zwierzak jest też idealną zapchajdziurą, kiedy kończą się pomysły na zdjęcia lub wpisy, a 8.674 samojebka z wypiętą dupą nie budzi specjalnego zainteresowania, a co najwyżej niewygodne pytania o walkę z cellulitem.

Sekunda łagodności w wydaniu wrednego sierściucha i lajki lecą.

I nic to, że zaraz po zrobieniu fantastycznej miny nasz futrzak rozwala dokumentnie cały serwis obiadowy z miśnieńskiej porcelany. Albo strzela kloca na środku pokoju. Albo drapie wszystko w zasięgu pazurów. Albo znaczy teren, czyli brutalnie mówiąc, szczy gdzie popadnie. Nic to także, jeśli skubaniec ustalił sobie, że najlepszym terminem obowiązkowego spaceru jest piąta rano. Czas jakiś temu wzmożony ślinotok powodowały jeże: nic to, że kolczaste (jak tu gnoja pogłaskać?) i nic, że srające po całym domu. Ważne, że przez kilka sekund na dobę pokazujące milusie ryjki – a wtedy instagram jest nasz!

W sumie, to w tej symbiozie zwierzęcia i blogera, element nazwany „blogerem” jest kompletnie niepotrzebny.

Nebelwerfer

Komentarze

2 komentarze do “Chcesz być blogerem? Bez zwierzaka ani rusz”
  1. Podpis* says:

    Patyczak szkód nie narobi, a mikroskopijne odchody można wziąć na kurz osiadły na szybie…ewentualnie za pieprzyk na skórze , jeżeli akurat na nas przysiądzie.
    Podejrzewam natomiast, że aportować się nim nie da.
    W zasadzie wszystko może przyciągnąć czyjąś uwagę w zależności od potrzeb, zainteresowań, czy właściwej formy przekazu.

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      Oczywiście, że wszystko może przyciągnąć uwagę. Ale przy zainteresowaniach, będących niszą niszy (jak hodowla patyczaków), może się okazać, że na bloga uwagę zwróciło 0,98 przeciętnego czytelnika 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *