intro

„Afera” Tomasza Zimocha



Wiatr zmian lub też lawina, zmiotły Tomasza Zimocha. Słynnego dziennikarza sportowego, niezapomnianego komentatora meczu Widzew Łódź – Broendby Kopenhaga i oczywiście autora genialnych słów: „Turku, kończ ten mecz!”.

Jak doniosły niezawodne (jak zwykle) media, Pan Tomasz Zimoch wyraził krytykę zmian, jakie mają miejsce w Polskim Radiu, w którym jest zatrudniony. Spowodowało to po kolei:
1. „zawieszenie” p. Zimocha (nie do końca wiem, na czym miało to polegać, ani gdzie i na czym p. Zimoch wisiał),
2. postawienie Go przed Komisją Etyki Polskiego Radia (mówiąc szczerze, nie wiem, jakie kompetencje ma ten organ i nie chce mi się tego sprawdzać, chyba, że ktoś mi zapłaci),
3. odsunięcie Go od komentowania meczów na Euro 2016 i Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro, także A.D. 2016,
4. rozwiązanie (tym razem już z inicjatywy p. Zimocha) umowy o pracę z Polskim Radiem S.A.

Grubo, prawda? Paskudne Polskie Radio, chamy i pisiory, doprowadziły do wywalenia wybitnego dziennikarza.

A teraz kilka uwag, które niekoniecznie przebiły się wśród komentarzy geniuszy dziennikarskich.

Otóż żaden pracodawca nie lubi, kiedy się go publicznie krytykuje. A już zwłaszcza wtedy, kiedy krytykują go pracownicy – i to nie byli pracownicy, ale aktualnie zatrudnieni. Nie ma przy tym znaczenia, czy pracodawca jest państwowy, czy prywatny, z prawa, czy z lewa, i czy w zarządzie są pisiory, platfusy, weganie, czy miłośnicy taplania się w błocie. Generalnie, publiczna krytyka działań pracodawcy (lub tego, co dzieje się w zakładzie pracy), wygłaszana przez pracowników, uznawana jest za niedopuszczalną.

Przy czym niekoniecznie musi to być wymysł przeczulonej osoby lub realizacja niepisanej zasady (czasem słusznej, czasem nie), że własne brudy należy prać we własnym gronie.

Bo istnieje coś takiego, jak Kodeks pracy, który określa nie tylko prawa i przywileje pracowników, ale także ich obowiązki. A wśród obowiązków pracowników (których kodeksowe wyliczenie jest jedynie przykładowe), wymienione jest dbanie o dobro zakładu pracy, chronienie jego mienia oraz zachowanie w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę (art. 100 § 2 pkt 4 Kodeksu pracy).

Publiczna krytyka pracodawcy może zostać uznana za naruszenie tych obowiązków, w szczególności dbania o dobro zakład pracy i zachowania tajemnicy informacji.

A taką krytykę p. Tomasz Zimoch w wywiadzie prasowym wyraził, w dodatku nie przebierając specjalnie w słowach.

Oprócz Kodeksu pracy mogą u pracodawców istnieć także wewnętrzne regulacje, określające prawa i obowiązki pracowników. Mogą to być regulaminy pracy, zasady ładu, za przeproszeniem, korporacyjnego (z określeniem maksymalnej wysokości obcasów w pracowniczych butach i dopuszczalną paletą barw stroju) i inne wynalazki. Nie wykluczam, że takiego regulacje istnieją także w Polskim Radiu, w telewizji pewnie też. Przypadek p. Katarzyny Dowbor, którą kiedyś zwolniono z telewizji zdaje się za udział w reklamie jakiejś szynki, wskazuje, że takie regulacje istnieją i ich postanowienia są wobec pracowników egzekwowane.

Sprawa p. Zimocha jest o tyle dla niego trudna, że jego słowa nie padły w trakcie spontanicznej wypowiedzi, kiedy ktoś z mikrofonem dopadł go na parkingu. To była wypowiedź w wywiadzie prasowym. Zakładam więc, że p. Zimoch wywiad ten autoryzował (a co najmniej powinien autoryzacji zażądać), a więc miał czas na przemyślenie i ewentualne usunięcie lub co najmniej złagodzenie swojej wypowiedzi. Nie można więc całej afery zrzucić na karb Jego temperamentu.

Inną sprawą jest, czy podjęte wobec p. Zimocha działania były adekwatne do stopnia przewinienia. Moim zdaniem, wystarczyłaby krótka rozmowa: „Panie Tomku, niech Pan tak nie robi”.

I jeszcze jedna rzecz: czy ktoś jeszcze pamięta aferę p. Kamila Durczoka? Biorąc pod uwagę jego pozycję i miejsce pracy, to była chyba największa afera w historii polskiego dziennikarstwa. Czy któryś z zatrudnionych w TVN dziennikarzy krytykował wtedy publicznie TVN? Lub przynajmniej wypowiadał się na temat tej afery? A chyba TVN-u nie sposób posądzić o pisowskie sympatie. Wszyscy dziennikarze tej stacji grzecznie nabrali wody w usta, byle tylko nie stracić posady. Inna sprawa, że milczeli wtedy prawie wszyscy dziennikarze, niezależnie od tego, gdzie byli zatrudnieni, i jakoś nie słyszeliśmy wtedy wyświechtanych frazesów o dziennikarskiej etyce i misji. Za totalną porażkę tzw. dziennikarstwa uważam, że najwięcej o tej sprawie pisał pudelek. Podobnie zresztą, jak o protestach w sprawie ACTA. Ale to już zupełnie inna sprawa.

A tak w ogóle, to bardzo lubię p. Zimocha i uważam go za świetnego dziennikarza sportowego.

Nebelwerfer

P.S. Źródło zdjęcia tytułowego: wikipedia.

Komentarze

2 komentarze do “„Afera” Tomasza Zimocha”
  1. kasta says:

    Wróciłam do wcześniej przeczytanego tekstu, bo … czasem dobrze jest sobie pogadać..z kimś kto nam pasuje, a nie z kimś z kim musimy się porozumiewać, np. z racji stosunków w pracy.

  2. kasta says:

    Wypowiadanie swojej opinii o pracodawcy jest rzeczą normalną, natomiast w momencie jej upublicznienia trzeba liczyć się z konsekwencjami stąd płynącymi…zwłaszcza gdy dotyczy to mediów szczebla ogólnokrajowego.
    Krytyka konstruktywna jakiejś władzy , w momencie gdy nie ma się większościowego poparcia na tejże ,,górze,, , zawsze zakończy się porażką, a wojownik zostanie uznany za Don Kichota…ponieważ brak jawnego poparcia innych , świadczyć może o subiektywizmie naszej oceny, a przez to jej nieobiektywności.
    Stąd takie a nie inne konsekwencje w postaci konieczności rozwiązania umowy, zwłaszcza jeżeli miało się rację, a nie ma szans na zmianę na lepsze… Współpracownicy zwykle boją się o swoje ,,stołki,,, dlatego tak trudne jest dokonanie jakichkolwiek ,,oddolnych,, zmian / mimo że służących dobru firmy/.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *