intro

8 powodów, dla których należy zlikwidować Święta



Święta za pasem. Jak mówią slogany, to czas radości, spędzania czasu z rodziną i ciepła, bynajmniej nie pochodzącego z kaloryferów. Oczywiście celem sloganów jest nakręcenie sprzedaży. Rzeczywistość rzadko wygląda tak pięknie, jak w TV. W realnym życiu, Święta to często czas chlania, żarcia, obłudy, prezentowej rozpaczy i marnotrawienia czasu. Dlatego likwidacja Świąt Bożego Narodzenia (dalej krótko nazywanych Świętami) w dotychczas obowiązującej wersji, wcale nie jest pomysłem od czapy. Poniżej magiczna liczba ośmiu argumentów, które za tym przemawiają.

1. Obłuda

Święta są rodzinne, radosne i uduchowione tylko na zdjęciach, a i to nie wszystkich. Niestety, często sprowadza się to do robienia dobrej miny do złej gry i udawania wielkiego uczucia (innego niż nienawiść, niestety) w stosunku do gnoja, który pechowo i całkowicie przypadkiem jest członkiem naszej rodziny. I udawania, jakim wielkim przeżyciem jest dla nas spotkanie przy stole i wysłuchiwanie opowieści o wyrzynających się zębach szalejącego pod choinką gówniarza, choć podstawowe nasze przeżycie związane jest z dopadającą nas zgagą. Więc udajemy, jak kochamy całą naszą rodzinę, choć przez cały rok nie mamy ochoty oglądać jej na oczy (a prawdę mówiąc, w Wigilię wcale się to nie zmienia). Ot, taki kiepsko obsadzony odcinek kiepskiego serialu „Kochająca się rodzinka”.

2. Tłum

Przed Świętami strach gdziekolwiek chodzić, bo można trafić na tłum dziki i nieprzebrany. Dotyczy to nie tylko sklepów, w których kłębią się szaleni poszukiwacze prezentowej beznadziei, a w kolejce do kasy mamy wystarczająco dużo czasu, aby obliczyć liczbę pi z dokładnością do 100.000 miejsc po przecinku, a i tak zostanie nam czas na obliczanie pierwiastków. Powietrze w takich sklepach można spokojnie pokroić nawet tępym nożem i w sumie nie ma się co dziwić, że tak wiele osób kupuje na prezent zapachy: połowa tych prezentów i tak zostanie zużyta w celu neutralizacji efektów parującego potu w kolejce do kasy.

I nie ma co się pocieszać, że internetowa sprzedaż tłumy te przerzedzi. O, nie! Na przesyłkę trzeba czekać i może nie dojść przed Świętami, więc zapominalscy (a imię ich Legion), tabunami przewalają się przez centra handlowe. W takim ścisku nie sposób zrobić dobrą samojebkę, dlatego czas okołoświąteczny jest martwym sezonem dla modowych blogerek i wszelkiej maści „gwiazd” instagrama i snapchata.

Tegoroczna inauguracja świątecznej iluminacji w Warszawie pokazała także to, co można było przewidzieć już wcześniej: tłum może nas porwać i na ulicy, bo wszyscy nagle o tej samej porze postanowili zobaczyć światełka – te same, co w ubiegłym roku. Zresztą każdy powód do powstania tłumu jest dobry i może nim być np. rozdawana za darmo puszka napoju, wartego 1,50 zł, czy też pijany osobnik przebrany za Świętego Mikołaja, próbujący zaryczeć „Cichą noc”.

3. Prezenty

Brzmi paradoksalnie? Przecież każdy lubi jej dostawać. Ale paradoksem jest to tylko na pierwszy rzut oka. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto nie dostał jednego z prezentów rozpaczy: różowego krawata w fioletowe paski, sweterka z rogaczem (aluzja, czy nie?), skarpet na każdą okazję, czy perfum, złapanych w ostatniej chwili w podrzędnej perfumerii. Jednym z moich ulubionych prezentów tego typu (co prawda ślubnym, ale nic to) był odkurzacz do usuwania okruchów ze stołu, który dostała moja szczęśliwie (chyba) poślubiona znajoma. Zdarza się też, że dokładnie taką samą beznadzieją jesteśmy obdarowywani przez dwa lata (lub dłużej) z rzędu. I wtedy tylko pozostaje nam dylemat, czy jest to wynik pokrętnej kalkulacji w celu odgadnięcia naszego gustu i potrzeb, czy nastąpił zbieg okoliczności, spotykany równie często jak zderzenie dwóch planet, czy też po prostu w sklepie za rogiem co roku jest ten sam towar.

Niestety, większość z nas prezentów kupować nie umie. Kupujemy prezenty w ostatniej chwili w czasie świątecznej gorączki, skutecznie nakręcanej przez handlowców. A w takim szale nie ma czasu na zastanowienia, a i towary często są już przebrane przez tych, którzy w szał wpadli wcześniej. Niektórzy zresztą potrzeby obdarowanego mają w lędźwiowym odcinku pleców i w ogóle nie zamierzają się zastanawiać, czy prezent jest trafiony. W końcu wibrator facetowi też może się przydać, prawda? W rezultacie, większość prezentów kupowana jest na „odwal się”, żeby tylko odfajkować kolejną osobę na liście. I większość tych prezentów zasługuje wyłącznie albo na śmietnik, albo na wtórny obieg – najlepiej do tegorocznego darczyńcy. Sorry, ale papier w choinki i ładna wstążka nie są w stanie ukryć beznadziejnej zawartości. Mało kto ma odwagę powiedzieć szczerze, co myśli o nietrafionym prezencie i większość kiepsko udaje dziką radość na widok elektrycznej szczoteczki do zębów. Zwłaszcza, kiedy zębów brak. Dlatego najlepsze prezenty, to te kupione dla samego siebie.

4. „Jingle bells” i okolice

Święta to oczywiście świąteczne piosenki, pisane specjalnie na świąteczną okazję. Żywot takich piosenek jest krótki, gdyż zazwyczaj trwa od początku grudnia do 26 grudnia. Niestety, wspaniałe te utwory co roku zmartwychwstają na ten niecały miesiąc. I co roku doprowadzają do rozpaczy, bo ile w końcu można słuchać o nieszczęsnych dzwonkach, które nie mają niczego lepszego do roboty, tylko ciągłe nap……alanie? I dzwoneczki słychać w radiu, telewizji, sklepach, na ulicach, w kupionych świątecznych pozytywkach i w czasie występu chóru przedszkolaków. Nawet psy zaczynają ujadać dzwonkowo i mięcho w zamrażarce też zaczyna podejrzanie skrzypieć. Kariera tej infantylnej pioseneczki o niczym, jest dla mnie całkowicie niezrozumiała. Równie dobrze mogłaby to być piosenka o ciężkim trudzie górnika, wyścigach samochodowych lub dylematach przydrożnej panienki na godziny (lub kwadransik). A sama piosenka nie powinna w ogóle wydostać się z przedszkoli.

Ale cholerne dzwoneczki to tylko wierzchołek góry lodowej. Mamy jeszcze pochwałę padającego śniegu („Let it snow!”), śpiewaną przez kolesia, który nigdy nie miał w łapie łopaty do odśnieżania, czy frajera jadącego do domu na święta („I’m driving home for Christmas”), który zapomniał, że są samoloty. I tabuny innych muzycznych „dzieł”.

Nagranie piosenki świątecznej jest świadectwem upadku danego wykonawcy, podobnie jak nagranie przez rockowy zespół płyty z orkiestrą (vide np. Metallica). Jak pomysłów brakuje, to nagrywamy coś świątecznego i może co roku coś kapnie do emerytury.

Niestety, moda na świąteczne piosenki nie skończyła się z Bingiem Crosbym i jego meganudziarstwem pod tytułem „White Christmas”. Więc ulegli jej i Queen, i Chris Rea. Jak coś podobnego nagra Kasabian, to chyba zacznę słuchać jazzu.

5. Świąteczne filmy

Czy Święta mogłyby obyć się bez świątecznych filmów? Oczywiście, że nie! Poziom tych filmów najlepiej obrazuje jedna z pierwszych scen ze „Złego Mikołaja”, w której główny bohater (rewelacyjny jak zwykle Billy Bob Thornton) puszcza pawia pod knajpą.

Filmy okołoświąteczne można opisać kilkoma przymiotnikami: żenujące („Ernest ratuje święta”), głupie („W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju”, jak zresztą pozostałe filmy z tej serii), czy łopatologiczne (100.000 wersji „Opowieści wigilijnej” Dickensa). Na pewno są teflonowo odporne na określenia typu: wybitne, poruszające, czy dające do myślenia.

Oczywiście w każdym z tych filmów puszczany jest dydaktyczny smrodek, co wynika nie tylko z tego, że większość z nich nakręcili Amerykanie, którzy słyną z braku wyrafinowania i uwielbienia dla szczęśliwych zakończeń. Po prostu optymizm musi z nich walić, jak smrodek z wielbłąda po przebyciu pustyni.
Czyli: Święta to czas szczególny, wszyscy się wtedy mają kochać, a dzieci szanować starych dziadów. Enter!

Ile można, do cholery?!

Z filmów świątecznych ciekawy mógłby być „Święty Mikołaj zwycięża Marsjan”, ale do dziś nie wiem, czy ten film rzeczywiście kiedykolwiek został nakręcony.

6. Świąteczny biznes

Przekonanie o wyjątkowości Świąt, skutecznie wpajają nam spece od handlu wszelakimi dobrami: od zabawek, przez akcesoria kuchenne (każda pani powinna mieć ambicję obdarzenia innych swoimi niejadalnymi dziełami kulinarnymi) po skarpety, scyzoryki i ozdoby choinkowe. Więc nachalna świąteczna agitka atakuje nas zewsząd. Agitka często związana jest z odpowiednimi świątecznymi dziełami muzycznymi (vide wyżej), które skutecznie potrafią zohydzić reklamowany produkt. Wyłączenie telewizora niewiele pomoże, bo na ulicach też straszą trzymetrowe kukły Mikołajów lub złote dzwonki zachęcające przy okazji po pożerania czekolady.

Przy okazji całkowicie ginie istota Świąt, czyli co i po co świętujemy. Sprzedaż rządzi światem. Nie ma Świąt, są świąteczne zakupy. Następny do kasy, bo kolejka czeka!

7. Dewaluacja

Święta się dewaluują. Temat Świąt pojawia się w handlu już 2 listopada, kiedy kończy się okazja do wciskania ludziom zniczy w kształcie granic Polski, innowacyjnie zaopatrzonych w pozytywkę. Czyli przez ponad półtora miesiąca mamy Mikołajów, choinki, bombki (niektórzy nawet w wersji terrorystycznej), zabawki, karpie (byle utłuczone humanitarnie i z poszanowaniem ich godności) i pogoń za beznadziejnymi prezentami. Czyli za dużo, za długo i nie na temat. Nie ma tu miejsca na nic, poza nerwową bieganiną. I jak już Święta nadejdą, to albo nas drażnią (bo to przez Święta musieliśmy tyle latać), albo kompletnie nam obojętnieją (bo latanie samo w sobie raczej nas zubaża aniżeli wzbogaca).

„Zabiegani, uwikłani w setki głupich sprawek,
Zagubieni, uwięzieni w szarych klatkach własnych domów,
Zamieniamy się powoli w pusty sezam. Pustka boli.

Zastraszeni, zadręczeni dniem kolejnym takim samym,
Umęczeni, rozdrażnieni stanem swoich własnych nerwów,
Zamki z lodu stawiamy w stos ofiarny. Przegrywamy.

Tylko jak się z tego wyrwać?!
Tylko co ze sobą zrobić,
Kiedy dłonie wyciągnięte w pustkę krzyczą?!
Tylko jak mam to wytrzymać?!
Tylko co ze sobą zrobić?!”

8. A co pod numerem 8?

Nic. Po prostu pozwala na uniknięcie banalnej siódemki, uchodzącej za szczęśliwą.

Nebelwerfer

P.S. Wykorzystałem fragment tekstu piosenki „Zabiegani, uwikłani” zespołu Czerwony Tulipan.

Komentarze

3 komentarze do “8 powodów, dla których należy zlikwidować Święta”
  1. kasta says:

    Wystarczy nie identyfikować się z nimi…/jak i łikendowymi święto-sylwestrami/ i problem z głowy. Niestety wymaga to umiejętności ,,postawienia się,, lub,,stanięcia okoniem,, – co może być jednoznaczne z odizolowaniem się.
    Niewielu ludzi na to stać…hi,hi 😉

  2. Olfaktoria says:

    Podpisuję się pod większością punktów (poza tym o świątecznych piosenkach, bo ich akurat lubię sobie posłuchać w grudniu).

    Najbardziej zainteresowało mnie jednak zdjęcie główne. Nie wiedziałam, że potrafisz obsługiwać Photoshopa! 😀

    PS Znasz perfumy Hermes Bel Ami Vetiver?

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      Prawdziwy facet perfum nie używa. Zakłóciłyby odbiór zapachu kobiety 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *